Kategorie
Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Widzę ciemność! Czyli o badaniach i innych przygodach. :)

Dzień dobry!
Tak dawno nie pisałam, YYY, nie tworzyłam żadnego wpisu na bloga, że już chyba zapomniałam jak się to robi. 😀
Ciągle mam postanowienie, żeby wrócić do pisania, ale odkąd zaczęłam pisać coś na kształt pamiętnika, piszę wszystko w nieco bardziej prywatnej formie, przez co nie nadaję się to do opublikowania totalnie nigdzie. Po pierwsze, bo to nie jest ciekawe, a po drugie, bo zazwyczaj nie są to zbyt długie wpisy.
Ale że ostatnio przeżyłam coś ciekawego, to uznałam, że to może być dobra okazja do tego, by spróbować powrócić do regularnego blogowania.
Byłam mianowicie na badaniach prowadzonych przez Instytut Biologii doświadczalnej, które dotyczyły głównie tego jak działa mózg osoby niewidomej, podczas czytania.
W poniedziałek na 16, miałyśmy się z rodzicielką zjawić w instytucie, i, o dziwo, nie spóźniłyśmy się, a kto zna choć trochę rodzicielkę ten wie, że dla niej to na prawdę jest wyczyn! 😉
Najpierw Pani zmierzyła mi temperaturę, za pierwszym razem 36,7, za drugim, 36,8, aż się zaczęłam na głos zastanawiać, czy za każdym razem będzie się zwiększało o jeden, ale uznałam, że nawet jeśli miałabym to sprawdzać, to już po badaniu, bo dyskwalifikacja nie była mile widziana. 😀
Potem była ankieta, która, jak to zwykle bywa była dość śmieszna, a że ja mam szczególny talent do nie ogarniania pytań, i rozumienia czegoś innego niż ktoś mówi, to było całkiem zabawnie, oczywiście też dla tego, że wypełniałam ją z rodzicielką, bo pani była z rodu tych troszkę poważniejszych, ale jak się później okazało nie tych bardzo poważnych. 😉 Potem pani chciała zacząć opowiadać mi czym jest rezonans, ale gdy dowiedziała się, że już miałam, zaoszczędziłyśmy kilka cennych sekund. 😀 Btw, Ci którzy śledzą tego bloga od dawna wiedzą, że mój poprzedni rezonans wspominam bardzo dobrze,. Dzięki temu nie stresowałam się samym rezonansem, a badaniami, bo co będzie jak się pomylę itd, moje perfekcjonistyczne zapędy przypominają sobie o mnie najczęściej we właśnie takich sytuacjach. 😀
Po ankiecie przyszedł czas na pozbycie się łańcuszka i bransoletek, z nimi akurat nie było żadnego problemu, pozbywam się ich z siebie co dziennie na dobranoc, ewentualnie gdy myję włosy, albo wykonuję jakieś inne czynności, np. zabawa z Lilką, podczas których mogą one ucierpieć, ale z łańcuszkiem nie było już tak łatwo, bo przez ponad rok nie zdejmowałam go ani razu, a że skleroza jest moją bardzo bliską przyjaciółką, po badaniach przypominałam sobie o łańcuszku w takich momentach, w których nie było szansy, bym go założyła, także wrócił do mnie dwa dni później, ale jest, i nawet nadal żyje. 😀
Teraz trochę o samych badaniach :
W pierwszej części leżałam na łóżku, w słuchawkach z linijką przypiętą do nóg, tak tak, ja wiem że to dziwnie brzmi, i zakładam, że równie dziwnie wygląda 😀
Najpierw było ćwiczenie polegające na tym, że raz słyszałam w słuchawkach jakieś słowa, potem miałam jakieś czytać na linijce, i nie musiałam udzielać żadnych odpowiedzi, a skaner buczał, i intensywnie szukał mózgu, musicie przyznać, że nie miał łatwego zadania. 😉
A, zapomniałam Wam powiedzieć, że poza linijką i słuchawkami w lewej ręce miałam poda, za pomocą którego musiałam udzielać odpowiedzi, kciukiem twierdzącej, wskazującym przeczącej.
Potem było zadanie, w którym musiałam nacisnąć kciukiem przycisk, albo gdy usłyszę szum w słuchawkach, albo gdy zobaczę sześciopunkt na linijce, można było się zgubić, bo co innego się słyszało, co innego czytało, a jedno jak i drugie bardzo szybko znikało, aż zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle nie zaczynam robić wszystkiego na odwrót. 😀
Potem było jeszcze kilka zadań z samym czytaniem i słuchaniem, jakieś, w którym trzeba było dać znak, gdy na linijce i w słuchawkach była ta sama litera, zaznaczanie czy wyrazy się rymują czy nie, niestety ze słuchu, znaczy, to nie problem, ale faktem jest, że wolę czytać niż słuchać, i pewnie mniej usypiające by to zadanie było, gdybym te rymujące się lub nie wyrazy musiała sobie sama przeczytać, a nie było ich dla tego, że były różnej długości, a linijka była tylko pięcioznakowa.
Możecie stwierdzić, że te testy są mega proste, a no nie są trudne, znaczy te części ze skanowaniem nie są, bo miały być możliwe do wykonania dla dzieci od pierwszej klasy wzwyż.
Po zadaniach, przed przerwą i drugą częścią, miałam czas na chwilę spokoju, a propos, z opowieści koleżanki @Moonlight22 wywnioskowałam, że nie będzie w ogóle czasu na leżenie, bo cały czas trzeba będzie działać, i trochę mnie to zmartwiło. 😀 Bo zdecydowanie bardziej potrzebowałam odpoczynku niż jakichś skomplikowanych zadań. No więc, miałam czas na chwilę poleżenia i posłuchania muzyki, oczywiście w skanerze, ale że muzyka go zagłuszyła, to nie szczególnie mi przeszkadzał.
Potem po małej przerwie była druga część, w której właściwie było tylko jedno zadanie, były literki w odbiciu i normalne n, t, k i chyba jeszcze jakaś, i trzeba było zaznaczyć kiedy wyświetlają się dwie te same litery, mogły być odbite, mogły być nie, a że sama na początku miałam problem z ogarnięciem tego zadania, to powiem Wam obrazowo, musiało być na linijce np. 2n czyli mogło być n odbite i zwykłe, dwa odbite, i dwa normalne, i w każdym z tych przypadków należało zaznaczyć że tak, są to dwie takie same literki, a że miałam już trochę przemęczony mózg, to kombinowałam na początku o co chodzi, ale ogarnęłam.
Potem był czas na wersję papierową i kilka pytań, najtrudniejsze były te o dominującą rękę, której używasz do czegoś tam, a do tamtego itd, ludzie, ja tego nie wiem! 😀
Chyba jedyne pytanie z tego zestawu, na które byłam w stanie odpowiedzieć bez analizy, dotyczyło jedzenia łyżką zupy. 😀
W prawie wszystkich pozostałych zaznaczyłam, że obojętne.
Potem były jakieś ćwiczenia, typu musiałam czytać zdanie i mówić czy jest prawdziwe czy fałszywe, musiałam w minutę przeczytać całą stronę jakichś dziwnych zlepków liter, udających wyrazy, i tak, zdążyłam! Został mi tylko jeden wyraz z którym się nie wyrobiłam.
Musiałam liczyć ile liter l jest w tabelce w danej linii, podawać definicję słów itd, skojarzyło mi się to trochę z takim rozbudowanym testem psychologicznym, w sensie z takim, jak robi się np. by uzyskać ożeczenie, miałam coś takiego przed liceum, gdzie jedna z Pań zapytała się z przerażeniem mojej rodzicielki, "A jak jej coś przeczytam, to ona mnie zrozumie"? Myślałam że wyjdę z siebie i stanę obok, swoją drogą ostatnio jakoś częściej niż zwykle mówią o mnie per ona, i zadają ludziom, którzy są ze mną różniste pytania. Różnica tylko taka, że tu nie pytali mnie co jest po kwietniu. 😀
Na koniec dostałam kulki magnetyczne, Pani stwierdziła, że mózg jest, (uffff, a już myślałam, że znajdzie tylko wieelką pustkę :D))wynagrodzenie pieniężne, czy jak tam to określić, i wybrałyśmy się z rodzicielką do hotelu, gdzie czekało nas duużo niespodzianek.
najpierw płatny parking, 45 Zł za dobę, NO oK, wszystko dobrze, ale gdzie jest wejście, jak tu wjechać, rodzicielka kombinowała, dzwoniła do hotelu itd, a w końcu i tak skończyło się na tym, że stanęłyśmy gdziekolwiek i najpierw poszłyśmy ogarnąć gdzie mamy pokój i zapytać o wszystko, o co było trzeba. 😀 A zestaw pytań był dość długi.
Jakby co Hotel też jest zapewniony z racji udziału w badaniu.
Poszłyśmy do recepcji ogarnąć, jaki mamy pokój, co z parkingiem itd. Kiedy wszystkiego się dowiedziałyśmy, ,poszłyśmy ogarnąć samochód i chciałyśmy wrócić do hotelu.
Trzeba Wam wiedzieć, że były tam dwa hotele, jeden z dopiskiem Budżet, drugi bez, pierwszy człon nazwy w obydwu był taki sam, poszłyśmy do jednego z nich, wjechałyśmy na trzecie piętro, i uwaga! Nie ma takiego pokoju, poszukałyśmy raz, drugi, trzeci, aż poprosiłyśmy o pomoc Pana z dołu, który na początku z ogromną pewnością siebie powiedział, że nie może być tak że nie ma, w końcu jednak ruszył się z miejsca i poszedł z nami, mądrzył się gdzie trzeba iść, i próbował pokazać że jest wyżej w chierarhi niż jacyś goście z Radomia, pff. 😉
Po czym okazało się, że rzeczywiście nie ma, jak można się domyślić z początku tej historii, poszłyśmy nie do tego hotelu co trzeba, ale potem był przygód ciąg dalszy.
Do pokoju nie było klucza, tylko karta, wchodzimy a tam ciemność, aż się zaczęłyśmy śmiać, że to jest pokój dostosowany pod niewidomych, choć nie do końca pode mnie, bo jednak ze światła zdarza mi się korzystać. Okazało się, że światło również działa na kartę. 😀
A razem ze wszystkimi światłami w pokoju, włączył się również telewizor. 😀
Kiedy już ogarnęłyśmy wszystko, co było możliwe do ogarnięcia, stwierdziłam, że idziemy coś zjeść, bo siedzenie od 21 w hotelu jest marnowaniem czasu.
Poszłyśmy na poszukiwania jakichś fast foodów, przyznać trzeba, że trochę nam to zajęło, bo tamte rejony Warszawy nie są nam zbyt dobrze znane.
Wylądowałyśmy w KFC, warto było. 🙂 Choć zdecydowanie wygrywa McDonald, a i 15 stripsuw na nas dwie, obydwie spożywające przeogromne ilości pokarmów, to tak gdzieś o siedem za dużo, także miałyśmy je też na następny dzień. 😀
Potem wróciłyśmy do hotelu, rodzicielka zajęła się sobą, ja czytaniem, obejrzałyśmy wspólny film z ZMD, domu tymczasowego, który uwielbiam, i udałyśmy się na spoczynek do wyjątkowo wygodnych łóżek. 😀
Następnego dnia niestety trzeba było wstać z budzikiem, by zdążyć na hotelowe śniadanie, nam nie był on potrzebny, bo obudziły nas wibracje wydobywające się zewsząd, m.in do rodzicielki postanowił ktoś zadzwonić tak tak, właśnie o ósmej rano, do ukatrupienia! 😀
Śniadanie było pyszne, potem miałyśmy zamiar iść do ZOO i nawet się udało, choć nie obyło się bez zgubienia się w hotelu. 😀
W ZOO zakupiłam sobie brajlowski przewodnik, który zawiera w sobie troszkę ciekawych, a zdecydowanie więcej nieciekawych informacji, przynajmniej do połowy, dalej na razie nie wiem, ale o tym później.
W ZOO moją uwagę przykuła matka, bardzo źle traktująca dzieciaki, najpierw przytrzymała dziewczynkę siłą do zdjęcia, a potem do drugiego dziecka, które na chwilę odeszło, powiedziała dość głośno, "wróć, bo Cię uderzę!", niestety nie jestem na tyle odważną osobą by zareagować, a to może i lepiej, bo znając takie osoby, oberwać się może nie tylko tym, którzy zwracają uwagę, ale potem i dzieciom, a tego nikt by nie chciał.
Zwierzaki prezentowały się tak jak za poprzednim razem, zwyczajnie, i niestety mało które chciały współpracować i wydawać z siebie jakiekolwiek dźwięki, ale samo przebywanie tam jest dla mnie przyjemne, a przy okazji rodzicielka może sobie popatrzeć, choć ogólnie co do takich miejsc mam zdanie mieszane, bo z jednej strony bardzo zależy mi na ochronie zwierząt, i jak nie którzy wiedzą, przez pewien okres nie jadłam mięsa, musiałam do niego wrócić przymusowo, ale gdy skończę szkołę planuję na zawsze je porzucić, z drugiej strony jednak Ogrody Zoologiczne pomagają przetrwać tym najbardziej zagrożonym gatunkom, a zwierzaki wcale nie mają tam takich złych warunków, choć pewnie są przestymulowane.
Potem złapał nas deszcz, i trwał całą drogę powrotną, podczas której czytałam przewodnik.
Brakuje mi w nim informacji konkretnie o zwierzętach, jest ich kilka, ale przeważająca część to informacje o dyrektorach, Żabińskich itd, i tak zgadzam się, że historia jest ważna, ale kupując przewodnik po ZOO miałam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o gatunkach, poszczególnych mieszkańcach. itd, zobaczymy, może w drugiej połowie, której jeszcze nie zdążyłam przeczytać coś takiego będzie.
A propos przestymulowania, liczyłam się z tym, że badania odchoruję migreną, bo jednak skaner wydaję dużo różnych, mało przyjemnych dźwięków, i nie myliłam się, choć migrena była odwleczona w czasie, bo przyszła do mnie dopiero w czwartek, ale tak silna, jakiej dawno nie miałam, na szczęście solpa dała radę. 🙂
NO, to chyba tyle. 🙂 Nie obiecuję, że uda mi się pisać bardziej regularnie, ale się postaram, bo myślę że szkoda by było, żeby ten blog umarł. 🙂
Pozdrawiam i podziwiam cierpliwych, którzy dotrwali do końca! 🙂

Kategorie
Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko. Twórczość

Moje nowe hobby, czyli tworzenie pomocy do nauki angielskich słówek. :-)

Witajcie.
Jak niektórzy wiedzą, zdarza mi się pisać ściągi do angielskich słówek na podstawie własnych skojarzeń. Dzisiaj stwierdziłam, że podziele sie jedną z nich, jeśli byście chcieli więcej, to mówcie.
Słownictwo 3: Kultura i sztuka
Art – sztuka – myślę, że raczej każdy to wie, artysta od tego powstał.
Background – tło – taki jakby grunt pod coś, czyli właśnie tło.
Brush-stroke – pociągnięcie pędzla – brusch to też szczotkować, a stroke, jak sroka, to pendzel, więc jakby szczotkowanie pędzlem, czyli pociągnięcie.
Carve – rzeźbić – trochę z miastem Karwia mi się kojarzy.
Foreground – pierwszy plan – brak skojarzeń.
Image – obraz – mówi się czasem, że ktoś/coś zmieniło swój image, i o to właśnie chodzi, wygląd, obraz.
Landscape – krajobraz, pejzaż – wyjście lądowe, czyli krajobraz, bo krajobraz powstaje wtedy, gdy się coś wyrzeźbia w ziemi np.
Masterpiece – arcydzieło – Kawałek szefa by wyszedł w dosłownym tłumaczeniu, a więc jeśli szef stworzy arcydzieło, to jest to jakby jego kawałek, kawałek jego twórczości, być może też jego duszy.
Replica – kopia, replika
Reproduce – odtwarzać – jest w polskim takie słowo, jak reprodukcja.
Restore – odnawiać – w Quentinie, jest coś takiego, jak ristore a table, czyli zapisz, odnów.
Sculptor – rzeźbiarz – od skalpela, lekarz na operacji plastycznej też rzeźbi, no nie? Inna rzecz, że jak przychodzą na tą operacje, to nie zawsze jest w czym rzeźbić, a on musi, biedny.
Self-portrait – autoportret – łatwe.
Setting – sceneria, środowisko, tło – setting, to także ustawienie, ale OK.
Sketch – szkic – polski kabaretowy skecz, tylko że inaczej pisany.
Still life – martwa natura – Hm. Still, to jeszcze, a life, to życie. WIęc w sumie w dosłownym tłumaczeniu można powiedzieć jeszcze życie, czyli taka dogorewająca natura, która jeszcze przez sekundę żyje, ale jednak jest w procesie umierania.
Trainee – uczeń, praktykant – trochę jak pociąg.
Material – materiał
Concrete – beton beton jest raczej dość konkretny. D
Copper – miedź – z cooperative mi się kojarzy, czyli z jakąś jakby współpracą.
Steel – stal
Amazing – niesamowity, zdumiewający – jak Amazonka, w dżumie było o takiej wspaniałej, zdumiewającej amazonce, kojarzy ktoś poza mną? KOnkretniej w pierwszym zdaniu książki Granda.
Ancient – starożytny, antyczny – nauczyć się trzeba.
Disappointed – rozczarowany –
Extraordinary – nadzwyczajny – ordynarny od razu.
Fascinate – urzekać, zachwycać – po prostu można by było napisać fascynować, ale trochę o co innego tu chodzi. Anglicy mają specyficzne struktury wyrażania pewnych myśli. I nie zawsze da się jednoznacznie przetłumaczyć na polski tak, żeby ująć cały sens.
Foundation – podstawa, cokół – kamień węgielny naprzykład, od fundamentu/fundacji.
Imaginary – zmyślony, wyimaginowany – Wyimaginowany, to oddaje sens tego słowa.
Impressive – robiący wrażenie – impresjonizm mi się kojarzy, on raczej robi wrażenie.
Lesser-known – mniej znany – leser, to ktoś leniwy, czyli takie jakby leniwie znany, czyli po polsku mniej znany,
Marvellous – cudowny – cudowny jak, marchew, nic innego mi do głowy nie przyszeszło. D
Mysterious – tajemniczy – z mystery tv można skojarzyć, powinno pomóc.
Over-exposed – zbyt często pokazywany – dosłowne.
Peculiar – dziwny, specyficzny, osobliwy – trochę od spekulacji któe zazwyczaj dotyczą jakiś dziwnych, specyficznych osób/zjawisk.
Precious – cenny, wartościowy – znam to słowo, nie wiem skąd, ale znam, i pamiętam, choć nie mam skojarzeń, bo jest dla mnie dość mocno oczywiste.
Prehistoric – prehistoryczny
Rare – rzadki – rzadki, jak win rar, bo zazwyczaj ludzie jakiś innych ustrojstw używają.
Remarkable – wybitny, godny uwagi, niesamowity – Brak skojarzeń.
Ridiculous – śmieszny – trudne.
Striking – uderzający – stright, to chyba z jakichś gier jest, nno w każdym razie, coś z biciem/uderzaniem, ale tu chyba chodzi o inny rodzaj uderzania w sensie np. uderzające piękno.
well-known – znany – dosłowne.

Sightseeing – zwiedzanie – trudne, ale też dobrze mi znane. Ogólnie od bycia na zewnątrz
admirer – wielbiciel/ka- ooo, trochę jak administrator.
event – wydarzenie
indoors – w domu, w budynku – indor, mówiłam wam o tym, po za tym w drzwiach, czyli w wewnątrz.
outdoors – na dworze, na polu (w Polsce południowej) – za bramą, pamiętacie? Ewentualnie, czy byłaś kiedyś za drzwiammi. Have you ever bin outdor? 😛
site – miejsce – site to także strona.
venue – miejsce (np. pokazu, wystawy)

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Plany są trudne! Czyli o zeszłym tygodniu słów kilka. :-)

Witajcie! Dawno mnie tu nie było, więc chyba wypadało by ten stan rzeczy zmienić. Jak tam u mnie? A no, jest OK. Spróbuje Wam opisać zeszły tydzień – przed rozjazdem, od 21 do 25 października jak zwykle wpis z opóźnieniem, o przerwie listopadowej, też się pewnie kilka słów kiedyś pojawi.
W poniedziałek, standardowo, zaczęliśmy tydzień od pobudki z Siostrą Janą Marią, wstałam, ogarnęłam się mniej więcej, i poszłam udawać, że jem śniadanie, po czym uciekłam do pokoju, czekać na Izę, swoją drogą, zawsze tak robię, niezależnie od wszystkiego, większość poranka spędzam w pokoju,a wychodzę tylko wtedy, kiedy muszę. Potem wybrałyśmy się z Izą do szkoły. Na pierwszej lekcji mieliśmy godzinę wychowawczą, na której namawiałam pana, do poczytania książki o PRL-u, a chodziło o to, że kiedyś Pan dał mi jakiś podręcznik, żebym miała co czytać na okienku, i było tam o komunizmie itp. A na ostatniej lekcji dał mi za to podręcznik, który był pisany w czasach komunizmu, eh, co za wyczucie! Na godzinie wychowawczej ogólnie zajmowaliśmy się ustalaniem stopni na połowę semestru..
Następną lekcją była historia, na której Pan kulturalnie odebrał mi książkę, nie dając skończyć czytanego zdania, i przełączył moją uwagę na lekcje. YYY. Nie poskutkowało, bo i tak nie byłam zbytnio skupiona, nie wyspałam się!
Następnie mieliśmy religię, fajny przedmiot, nie powiem. W poniedziałki zazwyczaj zagląda do nas diakon Łukasz, a nasz ksiądz Michał siedzi, i obserwuje, śmiesznie było.. A potem nadeszła długa przerwa, na której stwierdziłam, że po dwóch miesiącach mam dosyć szkolnych kanapek, i pożyczyłam od Izy sevendaysa, dobry był, ,bardzo.
Po długiej przerwie wybrałyśmy się na niemiecki. Lubię ten przedmiot nawet, bo nie wymaga zbyt wiele uwagi, można sobie siedzieć, czytać i się udzielać, albo w sumie nie udzielać też, bo i tak nigdy nie można dostać plusa, więc udzielać się nie warto. Przez całą lekcję Pan pytał nas ze słówek, po czym i tak nie wystawił ani jednej oceny, bo stwierdził, że dopowiemy jutro, jak się lepiej nauczymy.
Potem poszliśmy na matmę, straszny przedmiot! Pan generalnie jest dość bardzo wymagający i surowy, a nie którzy próbują z nim dyskutować, przez co, często obrywa cała klasa, ale nie zamierzam wchodzić w szczegóły. A potem, a potem zrobili nam nadzieję! Pani od polskiego jechała na wycieczkę, i stwierdziła, że może nas wziąć, po czym się okazało, że jednak nie ma miejsca, i musimy wrócić na matmę, ale nadprogramową, która jest zastępstwem. Straszne to było! A tak apropos, każde zastępstwo, jakie nam dają, to albo jest niemiecki, albo matma, względnie polski, ale na to narzekać nie mogę, a ostatnio nawet mieliśmy zastępstwo z psychologiem, z czego ja byłam niezmiernie szczęśliwa, niektórzy wiedzą dla czego.
W poniedziałek po szkole w teorii nie miałam żadnych zajęć, a w praktyce, zamieniłam się z Izą na orientację, więc od siedemnastej do dwudziestej byłam wyciągnięta z życia. Ciężko było. Najpierw poszliśmy do pracowni orientacji przestrzennej, w której odkryłam, że w sumie to plany są trudne, a gra w kółko i krzyżyk jeszcze trudniejsza! Nie nie, ja nie grałam, byłam tylko w roli obserwatora patrząc, a raczej słuchając, jak Pani Marta uczy Zuzię gry, hm, chyba podziękuję. W pracowni miałam też okazję zobaczyć domek dla lalek, z windą na korbkę.
🙂 Potem wybraliśmy się w podróż do Jabłonek, trafiłam, nie zginęłam, cud! A potem, od internatu chłopców miałam dojść gdzieś tam, no nieistotne, a doszłam do Szkoły specjalnej, nie pytajcie czemu! Pomyliły mi się strony, i tak wyszło. Po kolejnym powrocie do internatu wybraliśmy się na wieś laski, wyszliśmy bramą południową, przeszliśmy się zimnym, ciemnym strasznym lasem, który i tak poprzednim razem był bardziej straszny, a teraz już bardziej, jak by to rzec, oswojony. Przeszliśmy ośrodek na około, i wróciliśmy bramą północną, więcej informacji nie mam… Wiem tylko, że jest tam kościół, i jakieś sklepy, i bramy, dużo bram.
Po orientacji odmawiałam posłuszeństwa pod każdym względem, a mojej sytuacji nie poprawiało to, że miałam jeszcze matematykę do zrobienia.
Wtorek zaczęliśmy matematyką. Nie nie i jeszcze raz nie, mało że przedmiot straszny, to jeszcze rano! Potem mieliśmy angielski, ulga dla ludu! Zwłaszcza, że nic prawie nie zrobiliśmy, bo Pani szukała kartkówek, czy czegoś w podobnej konwencji, czego i tak nie znalazła.
Następnym przedmiotem była chemia, ciężej, o wiele ciężej, zrobiliśmy temat o promieniowaniu, długie, trudne, koszmarne, i w ogóle… A ja w między czasie zdążyłam odkryć, że nie działa mi klawiatura w braillesensie, no cóż, bywa i tak. A więc na chemii siedziałam, i rozkminiałam, jak zapisywać indeksy na komputerze..
Później, nastąpił polski, bardzo lubiany przez nas przedmiot i Pani…
A potem mieliśmy informatykę, której w rzeczywistości nie mieliśmy, zamiast tego mieliśmy matematykę, bo nic innego by nam nie dali, ale z Panem Maćkiem, miła odmiana, bardzo miła!
A ostatnim szkolnym przedmiotem tego dnia, był niemiecki.. Uzbierałam piątkę ze słówek, co mnie bardzo ucieszyło.
Wtorek jest generalnie trudnym poszkolnie dniem, ale mi to odpowiada. Odpoczęłam, i poszłam na chór, gdzie zaczęliśmy robić jakieś skomplikowane dzieła, a tak poważnie, to przez całą próbę siedzieliśmy nad jednym kanonem, i wygłupialiśmy się z alikwotami, CI co wiedzą, to wiedzą. 🙂
A po chórze, poleciałam na Showdowna, fajnie było! przegrałam, jak zawsze, po czym drugi mecz wygrałam, opłacało się iść!
Środę zaczęliśmy angielskim, na którym siedzieliśmy nad modułami, i czytaliśmy jakieś teksty. Pani doszła też do wniosku, że skoro chcę iść na rozszerzenie, to trzeba zacząć działać w tym kierunku, słusznie, bardzo słusznie!
Potem mieliśmy historię, ciężko, oj ciężko, ale plus był taki, że poprawiłam sprawdzian, i kartkówkę również napisałam dobrze, więc w zasadzie poprawiło mi to humor.
Potem była geografia, na której część pracowała z mapą, a druga część poprawiała kartkówkę. którą mnie udało się zaliczyć za pierwszym podejściem.
A potem, był mój najukochańszy przedmiot poza angielskim.
Filozofia! pani Asia powiedziała mi piękne, "Bądź dobrym dzieckiem, i zanieś mi to do klasy", stwierdziłam, że jeśli mogę, to sobie na nią poczekam, pozwoliła. W klasie Pani zaczęła pytać Izę, a ja jej w tym usilnie przeszkadzałam, zgłaszając się. Pani Asia, jak to Pani Asia, dyplomatycznie mnie ignorowała. Ale potem doczekałam się swojego! Pani zapytała i mnie, i dostałam czwórkę. Na koniec lekcji, Pani Asia doszła także do wniosku, z wielką radością z resztą, że doszedł jej mail ode mnie, co jest czymś nowym, bo zazwyczaj i mnie, i jej pokazuje się, error.
Potem mieliśmy matematykę, na której robiliśmy jakieś trudne, jak zawsze, zadania, nic nowego.
A potem był WOS, co było dość przerażające, bo mieliśmy pierwszy sprawdzian. Pani stwierdziła, że nie pozwala pisać na komputerach, bo jak się tak pisze, to można ściągać, i że mamy iść po maszyny, sprawdzian był trudny, i niesympatyczny, 😀 Pozdrawiam panią Anię, polonistkę. I Panią Gosię, byłą polonistkę, Na pewno były by dumne.. 😛
A potem była matematyka wyrównawcza, kocham ten przedmiot o wiele bardziej, niż podstawę i wszystko co z nią związane. Chodzę, bo powinnam ogarnąć notację, ogólnie notacje już ogarnęłam po większości, ale chodzę dalej i mam zamiar chodzić jeszcze długo, bo lubię.
A potem miałam fortepian, fajna Pani, fajny przedmiot, i fajny instrument. Nauczyłam się akompaniamentu do utworu "Orzeł biały" z powstania warszawskiego, ładny, ale smutny.
A po fortepianie miałam wolne do końca dnia, co było bardzo radosne. Spożytkowałam go na zrobienie lekcji, pogranie na fortepianie, i pójście z Izą na wieczernicę dotyczącą powstania warszawskiego
W czwartek, zaczęliśmy matematyką rozszerzoną, na której robiliśmy podstawę, lubię ten przedmiot, sympatycznie jest.
Potem był polski, na którym mówiliśmy o plejadzie poetów starożytnych, fajny temat, choć dość trudny.
A potem klasa miała dwa WF-y a czemu klasa, a nie ja? BO ja się zwolniłam, i pan ze smutkiem stwierdził, że nie chcę akceptować zwolnienia, bo nie lubi, jak uczniowie się zwalniają, ale jeśli napisał je wychowawca, to niestety powinien, więc zaakceptował, i miałam okienka Jedno spędziłam na nauce biologii do sprawdzianu, a na drugim poszłam męczyć P.Asię psycholog, podziwiam za cierpliwość!
Potem były angielskie, na których robiliśmy moduły, kocham ten przedmiot, mówiłam to już? pewnie tak.
A potem była biologia, na której był trudny sprawdzian, jak zawsze, a w sumie poprawa sprawdzianu, poszło mi w miare, też jak zawsze. 😉
W czwartek po szkole, zawsze mam fortepian, co jest o tyle straszne, że mam pięć minut na ubranie się, i przejście do A300, ten kto wie gdzie to jest, to dobrze, a ten kto nie wie, można się dowiedzieć. No w każdym razie, raczej nie zdarza mi się nie spóźniać, na fortepianie robiłam sobie akompaniament do Orła białego, polubiłam to już i ogarnęłam w sporej części.
W piątek zaś, zaczęliśmy religią, na której, jak zwykle miały miejsce ciekawe dyskusje…
Następnie mieliśmy fizykę, a właściwie dwie. Jedną sami, a drugą z pierwszą B, zastępstwo za angielski.
Na pierwszej pisaliśmy trudną kartkówkę, i robiliśmy temat, a na drugiej oglądaliśmy bardzo ciekawy film, o katastrofie, a właściwie o spuszczeniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki.
Potem zaś mieliśmy rozszerzoną matmę, na której robiliśmy podstawę, i uczyliśmy się EDB, za zgodą Pani, oczywiście..
Następnie mieliśmy polski,..
Ostatnią lekcją zaś było EDB, na którym był sprawdzian, z którego dostałam piątkę, i piątkę z aktywności, i w ogóle mam piątkę na pierwszy trymestr. <3 A poza tym, Pani stwierdziła, że mamy pić dużo wody, a co więcej, nawet sama nam tą wodę na lekcję przyniosła. 🙂 Pozdrawiam i lubię. <3
A po szkole, doszłyśmy z Agatą do mądrego wniosku, że pójdziemy sobie na huśtawki dla pierwszej i drugiej grupy. Było bardzo sympatycznie. A wieczorem, gdy Iza wróciła z orientacji, wybrałyśmy się na wolontariat, do młodszej grupy specjalnej, gdzie również było sympatycznie, choć pracowicie. 🙂
Pozdrawiam Was, i zachęcam do czytania i komentowania. Ps. standardowo, dajcie znać kto dotrwał. 🙂

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Jeszcze żyje! Czyli o moim początku w laskach.

Uwaga! Oczywiście, że z opóźnieniem! Wpis opowiada o, początku roku i reszcie pierwszego tygodnia. Taki o czasie aktualnym też się pewnie kiedyś pojawi. Opowiem Wam kiedyś także o ludziach, internacie, przerwach itp. Na razie, pozostańmy w klimacie czysto szkolnym., bo przerw z początku roku już nie pamiętam, a że przez prawie trzy tygodnie byłam pozbawiona komputera, to na bieżąco pisać nie mogłam.

Witajcie! Wspominałam paru osobom, że u mnie się bardzo, ale to bardzo pozmieniało. Pamiętam, że mam dla was napisać zaległy wpisik o orientacji, pamiętam, że obiecywałam, ale, jeszcze nie teraz. Kiedyś się pewnie pojawi, jak znajdę czas..
A tymczasem. Co tam ostatnio u mnie?
Jak CI bardziej wtajemniczeni wiedzą, tym mniejwtajemniczonym też się pewnie gdzieś tam przewinęło. Od niedzieli, jestem sobie w laskach. BO stwierdziłam, że prawdopodobnie czas na zmianę. Skoro liceum, to czemu by nie spróbować czegoś nowego?
Ogólnie, po kilku dniach pobytu tutaj, jestem bardzo zadowolona.
W niedzielę przyjechałam sobie tu z Izą, @Moonlight 22, która chodzi ze mną do klasy. Usiadłyśmy na ławce, i poznałyśmy. Najpierw siostrę Ancillę, która krążyła w jakichś celach, a potem Panią Tereskę z dyżurki. Potem poszłyśmy do internatu. Gdzie ja, udawałam, że jem kolację. PO kolacji odwiedziła mnie @Zuza, która, oczywiście, również jest ze mną w klasie. PO czym, wyszłyśmy do chłopaków. @Nowik, @Żywek, dzięki za niedzielne spotkanko!
W poniedziałek, najpierw poszliśmy na mszę świętą. Którą prowadził Ksiądz Michał. Potem przeszliśmy do Jabłonek, na przywitanie nowych uczniów, i rozdanie jabłek oraz róż. Pan Dyrektor również prowadził fajnie, choć trochę przy długo. A potem wylądowałam w klasie historycznej, na spotkaniu z wychowawcą, gdzie stwierdziłam, że mam dosyć wszystkiego.
Po szkole wybrałam się na obiad, gdzie przywitały mnie zupa z soczewicy, i makaron z serem i truskawkami. Eghm. Dziękuję, postoję. No w każdym razie, poudawałam, że coś tam jem, i wróciłam do grupy. Potem z mamuśką szukałyśmy Biura szkolnego, przewijając się przy okazji przez Dom przyjaciół. @Pani Lucynko, pozdrawiam. I podziwiam za to, że chciało się Pani wypisywać te wszystkie papierki! Potem odkryłam że mam w grupie Jolę, która jest ogólnie człowiekiem, bardzo lubiącym być wszędzie, byle by poza internatem. Więc, jak na prawie dorosłych przystało, wybrałyśmy się na plac zabaw, coby zbadać teren. 😛 Wieczorem, spotkałam się z papierkiem, Żywkiem, i ktosiem, który ni ma Eltena. Pospacerowaliśmy, otrzymałam Braillesensa, i wróciłam do grupy.
We wtorek, zaczęliśmy matematyką. Podstawę, mamy z Panem Grzegorzem. Hmm, ciekawy człowiek, nie powiem. Ogólnie dość poważny, ale tak to to nic poza tym złego nie widzę. Ps. Po trzech tygodniach nauki zmieniłam zdanie. D
Potem poszliśmy na angielski, z Panią Moniką. Jak ją poznałam, to stwierdziłam, że na milion procent biorę sobie rozszerzenie. Wymagająca, ale też z poczuciem humoru. Bardzo to cenię.
Następnie wybyłyśmy na chemię do pani Ewy, która, zamiast lekcji organizacyjnej, czytała nam artykuł o słoniach. Nie powiem, ciekawe zajęcie.
potem poszłyśmy na polski, z Panią Anią, która miała żal do dyrektora, że zajął jej całe 11 minut lekcji, i ona nie ma czasu na organizacje. D
Następnie wybyłyśmy na informatykę z Panem Piotrem, który ucieszył się z czterech dziewczyn, i ani jednego chłopaka. We wszystkim są jakieś plusy!
A ostatnią lekcją był niemiecki, gdzie odkryłam, że wszystkie firmy są niemieckie, i wszystko, co istnieje również jest stamtąd.
W środę, zaczęliśmy angielskim, na którym zaczęliśmy tak zwane The Roud Less Travel, ciekawe to jest nawet. Tak w sumie to o tym, jak facet wkurzał kobitkę, bo się nią wysługiwał, i udała się do Kalifornii, bo stwierdziła, że ma go dość. Jak dostanę od początku, to zainteresowanym podeślę, bo ogólnie to jest w odcinkach.
Następnie mieliśmy historię, na której czytałam harrego Pottera, no, tak prawie legalnie. Pan stwierdził, że po początku roku wszystko wiemy, więc rozmawiał z technikum, a my miałyśmy spokój.
Potem była geografia, na której stwierdziłyśmy, że trafiłyśmy na gorszy dzień pana.
Jaka to klasa?
Geograficzna!
Panu chodziło o to, która to klasa, ale nie dokładnie sformułował pytanie, a najśmieszniejsze jest to, że Pan nadal nas o to pyta, a mieliśmy z nim już trzy lekcje. No cóż.. Odpowiedź nasuwa się sama!
Potem Pan się na nas wkurzył o to, że gadamy, po czym doszedł do logicznego wniosku, że jest przerwa, i padły słowa.
A, to ja sobie stąd idę, no cóż. Smuteczek!
A potem, potem był najbardziej wyczekiwany prze ze mnie przedmiot poza angielskim. Filozofia! Pani stwierdziła, że za karę do czytania będzie dawała nam Kanta, ja stwierdziłam, że tak w sumie, to sobie go chętnie poczytam, i co? I dostałam! A teraz z koleżanką, znalazłyśmy sobie nowy sposób wkurzania Pani, wkręcamy jej, że pójdziemy na rozszerzenie z z filozofii, i nie wiem, jak dla koleżanki, ale jak dla mnie, jest to fajny pomysł na życie.
Następnie mieliśmy matematykę, na której kończyliśmy organizacje, i ogarnialiśmy pierwszą lekcję, którą dwa tygodnie później, nadal kontynuujemy, a mamy pięć działów, po dwanaście tematów, także jak tak dalej pójdzie to, hmmm! W klasie maturalnej skończymy pierwszą książkę!
A potem, potem mieliśmy WOS, jak na razie najtrudniejszy przedmiot pod względem tego, żeby nie zasnąć, dobra, i EDB, które jest chyba gorsze nawet. No ale dobra, była kolejna organizacja, więc zbyt dużego skupienia nie potrzebowałam. Wszystko wiem!
W czwartek, zaczęliśmy rozszerzeniem z matmy, które mamy z P.Jolą.. Było bardzo fajnie, Pani opowiedziała nam o sobie, a my jej również.. Pani Jola, podobnie jak my, nie widzi.. Więc tymbardziej ją podziwiam. <3
Potem był pierwszy pracujący język polski, na którym mówiliśmy o starożytności. Najpierw pomyliłam renesans ze średniowieczem, a potem oświecenie z odrodzeniem.. Hmm, a potem, po tak dotkliwych porażkach, przestałam się odzywać. D Także, współczuje Pani Ani naszej klasy! Co jedna to lepsza. 😛 I tak Was lubię! :* A potem mieliśmy dwa WF-y, ja stwierdziłam, że nie mam stroju, bo to powinny być lekcje organizacyjne, dziewczyny stwierdziły, że w sumie to one też nie mają. I Pan nas puścił na dwa okienka. Na pierwszym czytałam przewodnik po muzeum sztuk pięknych, dostarczony przez P.Asie – psycholog, a na drugim ogrywałam Nowika w Ninety Nine na Quentinie.
A potem mieliśmy dwa angielskie, na pierwszym trochę podłubaliśmy w The Roud Lessach, a potem poszliśmy na czytanie z Panią Prezydent!
pani Duda, była u nas w laskach, i czytała nam fragment noweli dym, a dziewczyny i wychowawcy, i kilku chłopaków, przygotowali nowelę Katarynka.. Bez sensu jest to zdanie, ale niech tam! 😀
W piątek, zaczęliśmy od pójścia na pierwszy piątek miesiąca, przez co przepadła nam religia.
Kiedy wróciliśmy, poszliśmy na fizykę, z S.Moniką. Powiedziałam Siostrze, że słyszałam dużo dobrych rzeczy na jej temat, siostra stwierdziła, że to nie prawda. A potem chciała sprawdzać grawitację na koledze. Aha, stwierdziła też, że tak w sumie, to ona nie ma telefonu, bo jej nie potrzebny..
Na początku lekcji, miał też miejsce ciekawy dialog.
I tu przyda się informacja, że siostra uczyła Zuzię przez trzy lata gimnazjum..
Zuzia – Cieszy się siostra, że mnie siostra widzi, prawda?
Na co siostra, Hm. Nie każ mi kłamać, u spowiedzi byłam!
Ja już uwielbiam nasze lekcje fizyki! D
Potem mieliśmy angielski, na którym trochę ogarnialiśmy czasy..
Następnie, mieliśmy rozszerzoną matmę, na której szczerze mówiąc nie pamiętam co robiliśmy. Ale to mało istotne w sumie.
A potem mieliśmy polski, łączony z klasą pierwszą B, w której z Eltena są Wojtas i Titomaton, i chyba nikt więcej. Ale tak czy tak, było ciekawie. Ja pisałam Kacprowi wiadomość na brailesensie, a on mi odpowiadał..
A potem mieliśmy EDB, na którym uśmiałam się z chłopaków, bo cały czas nam cisnęli. Ale przynajmniej nie spałam!
Pozdrawiam was, i zachęcam do komentowania! Ps. dajcie znać kto dotrwał do końca. BO ten wpis, jest trochę, hmmm ciężki.. 😀

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

„Umoczy umoczy”!, czyli Jantar 2019. :-)

Witajcie witajcie! Jak niektórzy wiedzą, wyemigrowałam sobie ostatnio na tydzień do Jantaru. Było super!
Byłam tam od 20 do 27 sierpnia.
Wyjechałyśmy po trzynastej. Miałyśmy wyjechać wcześniej, ale trzeba było się wyspać, dopakować, ogarnąć, i poznosić rzeczy. A, że u nas zawsze jest więcej rzeczy, niż ludzi, a co więcej, więcej rzeczy, niż potrzeba, 😉 to to znoszenie trochę trwało. U nas to rodzinne. Babcia ma tak samo. WIęc kiedy po nią przyjechałyśmy, trzeba było poogarniać jeszcze jej rzeczy.
Ludkowie, nie umawiajcie się ze mną na wyjazdy. 😀 Chyba, że chcecie trzymać swoje rzeczy na kolanach. I nie liczcie, że moja mama, kiedykolwiek, pojawi się gdzieś punktualnie.
Jeśli bierzecie pod uwagę te dwie rzeczy, i jesteście w stanie je zaakceptować, to. ja Was podziwiam…:D Kiedy zajechałyśmy do Jantaru, było po dwudziestej pierwszej. Masakra. Inteligencja nawigacji mnie przerosła. Jedziemy autostradą, a tu, skręć w lewo, następnie, skręć w prawo, kilka sekund później. Zawróć. 😀 Ogarnęłyśmy pokój, moja mama próbowała otworzyć lodówkę w drugą stronę niż logika nakazuje, przez co prawie ją zepsuła. Ale ostatecznie lodówka ostała się w całości, sukces!
Zostawiłyśmy babcię w pokoju, i jako narodowe łaziki wybrałyśmy się w poszukiwaniu plaży.
Do morza miało być bliżej, niż w zeszłym roku, a okazało się, że jest dalej. Nie ma to, jak być dobrze doinformowanym!
Pojeździłyśmy, moja mama doszła do wniosku, że jest, ciemno, i, tak jakby ona nie widzi plaży, wskazówek, a co więcej, nie wie gdzie jest. Ale za to widzi, gofry i lody. A więc zaparkowałyśmy samochód, w pierwszym widocznym, przeznaczonym do tego miejscu,i wybrałyśmy się na krótki spacerek.
Następnego dnia, zebrałyśmy się i wybrałyśmy na plażę. Szłyśmy przez las, bo miało być bliżej. I było, tyle, że babcia, nie chciała chodzić tamtędy, bo, do pokonania była wielka góra. CO dla babci było męczące, a dla mnie mało komfortowe, bo piaszczysta góra z korzeniami, jest trudna do przejścia, a zwłaszcza, gdy nie można patrzeć pod nogi. 🙂
Na plaży popolowałyśmy na kukurydziaża, którego, wyjątkowo, nie było, i poszłyśmy na spacer. Na którym zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Było zimno, a nawet bardzo zimno, na szczęście jeden jedyny taki dzień. A więc, szłyśmy z mamą zawinięte w koc, i wszystko było by super, gdyby nie to, że szłyśmy brzegiem morza, a koc szargał się po ziemi. Kiedy babcia zobaczyła przypływającą falę, wydała okrzyk, oburzonym głosem. Ejjjj! Bo umoczy umoczy! Miałyśmy ubaw z tego do końca wyjazdu.
Po odnalezieniu zeszłorocznych ścieżek, wybrałyśmy się na świeżo rozmrażanego dorsza. Tak tak, to też odkrycie z wyjazdu. Napisane było, świeży dorsz, znajomy mamy, jak mu to napisała stwierdził, że nie ma nad morzem w sezonie świeżych dorszy, a ciocia nam potem powiedziała, że jest zakaz łowienia. WIęc, generalnie, jeśli widzicie świeżego dorsza nad morzem, w sezonie, oznacza to tyle, że jest świeżo rozmrażany. Jeśli zaś nie widzicie przed nim napisu świeży, oznacza, że leży sobie długo. A to chyba gorzej, no nie? 😛
Kiedy wróciłyśmy z plaży, udałyśmy się do pokoju, sugerując się trzema białymi flagami, jedyny punkt charakterystyczny przy naszym hotelu..
Następnego dnia, również wybrałyśmy się na plażę. Hmmm. Nad morzem, to chyba norma. I również miała miejsce ciekawa sytuacja.
Najpierw, udało mi się upolować kukurydziaża. Dosłownie, w ostatniej chwili. Weszłyśmy na plażę, a on akurat uciekał, ale naczosy miałam. 🙂
Potem siedziałyśmy w ciszy, i jadłyśmy sałatkę. Na kocu obok nas urzędowały jakieś dwie dziewczynki. I w pewnym momencie, ciszę, przerwał głos, mówiący, "Zostaw mnie"! Ale to dziecko zrobiło to z taką ekspresją, że płakałyśmy z mamuśką ze śmiechu, przez co ja bym się udławiła. 🙂
Wieczorkiem wybrałyśmy się na zachód słońca. Mówiłam Wam kiedyś, że lubię je oglądać? 😛 Jeśli tak to dobrze, jeśli nie, to już wiecie. I dziwić się, że nie dogaduje się z poważnymi ludźmi. 😀
W piątek w dzień nie działo się nic szczególnego, bo, jak można się domyślić, wybrałyśmy się na plażę. A potem na obiad. Ja, wzięłam sobie FischBurgera, a to z kolei jest odkrycie z zeszłego roku.. 🙂 I nawet była w nim ryba, z ościami, co już mnie mniej ucieszyło.
Wieczorkiem zaś, wybrałyśmy się z mamuśką na karaoke. Było cudnie! Zbliżałam się do DJ-a, jak pies do jeża, rozkminiając, czy coś sobie zamawiać, czy jednak sobie odpuścić, i nie męczyć nikogo swymi wątpliwej jakości wykonami. Jednak mamuśka wygrała. Zamówiłam sobie "Małgośkę", nawet mam nagranie, ale uważam, że mi nie poszło. Odsłuch był straszny. Widziała to jedna osoba, i to był błąd, że jej pokazałam, bo podejrzewam, że we mnie zwątpiła. @Tajemnicza osobo, prawda? 😀 A tak poważnie, bywało lepiej, bywało gorzej, chociaż ja, jednak wolę to lepiej.
Wytańczyłam się, i wróciłyśmy do domu.
W sobotę mieli do nas dojechać Ziejka, i Kazik, czyli jej chłopak.
Pomijam fakt, że miałam z pięć nieodebranych połączeń, ale co dzwonił telefon, to mnie było nie po drodze, no cóż..
A potem miała miejsce cudna rozmowa, Młodzi szukali hotelu, a moja mama Ich kierowała.
Ale tam macie brązowy płot, po lewej stronie.
Ale tu nie ma brązowego płotu.
I Ziejka, skonsternowana, YYYYY, a może my mamy inne pojęcie brązowego?
Na co moja mama, wyczerpana tłumaczeniem. A może my mamy inne pojęcie lewej strony?
I tu, przydało by się opowiedzieć anegdotę.
Pewnego razu, Ziejka, wybrała się do naszej piwnicy, nie pamiętam po co, ale w każdym razie, mamy nie było w domu, a chciała, żeby coś jej dostarczyć. No więc mama kierowała Ziejkę, gdzie co jest. A teraz idź w lewo,
Poszłam, i nie ma!
Ale w moje lewo! Od tej pory, jak ktoś jej mówi w lewo, lub w prawo, zawsze się pyta, ale w moje czy twoje. 😀
Kiedy już wszystko poodnajdowałyśmy, wybrałyśmy się na plażę, i na zakupy, bo, doszłyśmy do wniosku, że czapeczki by się przydały, bo słońce, na dłuższą metę, może wypalić mózg. 🙂
Wieczorkiem znów zostawiłyśmy babcię, która wolała siedzieć w pokoju, niż eksplorować po nocy. I po raz kolejny, wybrałyśmy się na karaoke.
DJ nas poznał, przywitał się ze mną, przedstawił mi się, i skończyłam, śpiewając "Po prostu bądź" Manaamu. Nie wiem, jak mi poszło. Nie słyszałam się, a nagrania brak..
Potem z Ziejką zaśpiewałyśmy "Spowiedź", totalny spontanik, ale było, Hmmm, powiedzmy, że jakoś. Ja zapomniałam tekstu, a odsłuch był gorszy niż dzień wcześniej.. Potem, wybrałyśmy się na lody, gdzie, wkręcałyśmy Panu, że jesteśmy pod wpływem, i że jesteśmy Januszami. 😀
W niedzielkę, żeby tradycji stało się zadość, oczywiście, wybrałyśmy się na plażę. Ale, nadarzyła się pewna nowość, postanowiłam sobie, że się wykąpie.
Czy było to mądre, nie wiem. Ale, odkryłam kilka rzeczy. Np. to, że nie muszę chodzić w opasce, i rozpószczonychwłosach. Mogę chodzić w koku, na czubku głowy. I nawet nie wyglądam jak jełop!
Potem poszłyśmy na obiad, a potem, na pamiątki. Gdzie, moja babcia, kupiła mi fajną foczkę. A co to jest foczka? A no podusia. 😀 Jako, że mi jest wiecznie za nisko, a mój kotek, którego mam w użytku od lat ośmiu, jest już nieco zniszczony, to stwierdziłam, że warto nabyć coś nowego. Pomijam fakt, że przez cały tydzień w hotelu, spałam na płaskiej poduszce, po tylko taką dali, a ja nie wzięłam żadnej ze sobą..
Wieczorem, znów wybrałyśmy się na karaoke. Ostatnie niestety.. Ale przez to, że było to ostatnie, DJ, był mocno, mocno wstawiony. Więc najpierw śpiewałam "Baśkę" z moją Ziejką, potem śpiewałam coś z nim, ale nie pamiętam już co. A potem śpiewałam "Ale to już było", i na siłę "Małgośkę", do której mnie zmusił. A potem koło mnie siedział, i tu, niestety, nie cieszyłam się z mojej postury, bo ja siedziałam normalnie, a on, mimo to, zmieścił się koło mnie na krześle, a był nieco grubszy. Taaa, to już wiecie, ile miejsca potrafię zajmować. 😀
W poniedziałek, coby trochę odmienić, pojechałyśmy do Rumi, do mojej cioci.
Weszłyśmy na górę, usiadłam sobie, i ciocia stwierdziła, że powinnyśmy coś zjeść. Ci co mnie znają, wiedzą, że jestem niezbyt chętna do jedzenia. Ale zjadłam najlepszą zupę pomidorową na świecie! A potem, potem zdarzyło się coś, co byłam pewna, że się nie uda. Czyli, spotkałam się z Pajperem! Dogadywaliśmy się, i nie mogliśmy się dogadać, ale się udało.
Kiedy siedzieliśmy sobie u cioci, pokazałam mu swój nowy Image, czyli mojego koka. A potem padło magiczne pytanie.
"Kingo, a co się stanie, jak tego koka rozwiążę?".
Hm. Sprawdź!
I, przyznam szczerze, że, Dawidzie, jestem CI bardzo wdzięczna, że mi go rozwiązałeś, bo odkryłam, że moje włosy da się ułożyć inaczej, i że mogą być troszkę pofalowane. <3 Związałam sobie ogonek, i zaczęłam się bawić sznureczkiem od worka. Czyli magicznego wynalazku, który, jak się go założy na ramię, może być torbą, jak się założy na plecy, plecakiem, a jak się weźmie w rękę, to torbą podręczną. Sznureczek zepsułam, ale Dawidowi udało się go naprawić. 🙂
Odprowadzając Dawida, odkryłam, że w Rumii jest mapka dworca. Rumia Janowo, to malutka stacyjka, która nawet nie ma swojej budki dworcowej, a mapka jest, i to taka, że dużo na niej widać. Nie to, co u nas na dworcu ,gdzie zrobili litery brajlowskie, płaskie. Pozdrawiam Ich.
Potem z ciocią pojechałyśmy nad morze. Przepłynęłyśmy się rowerkami wodnymi, i wróciłyśmy do cioci.
Zjadłyśmy obiad, i pojechałyśmy do Jantaru, coby zrobić grilla.
Siedzenie na plaży do dwunastej w nocy, jest cudne! Zwłaszcza w dobrym towarzystwie..
We wtorek wstałyśmy, uzmysłowiłyśmy sobie, że właściwie, to powinnyśmy się spakować, i poszłyśmy na plażę.
Kiedy leżałam na kocu doszła do mnie bardzo przykra wiadomość..Chwilkę się pokąpałam, i poszłyśmy na obiad. Po czym, wróciłyśmy meleksem do domu.
Ogólnie rzecz biorąc, wyjazd uważam za bardzo udany.
Pozdrawiam Was, i zachęcam do komentowania!