Kategorie
Codzienność.

Gdzie spędziłam weekend, czyli znowu jestem z kimś, a nawet u kogoś. :-)

Kategorie
Codzienność.

Przedświąteczny czas, czyli o wigiliach słów kilka. Jak zwykle z opóźnieniem!

Uwaga! Żeby nie było. Wpis opowiada o czasie od 16, do 20 grudnia. 😉
Witajcie witajcie?
Co tam ostatnio u mnie?
Przedświąteczny czas, za pewne jak u każdego.
Opiszę Wam mój przedświąteczny tydzień lekcyjny, bo warto!
W poniedziałek zaczęliśmy godziną wychowawczą, ale łączoną z technikum, nasze reakcje na siebie zawsze są piękne – "O BOże! Znowu z Wami?". Tak tak, my też chciały byśmy zmian, choć na naszych lekcjach bywa wesoło..
Na wychowawczej mówiliśmy o miesiącach, wojnach, obyczajach świątecznych itp, na historii w zasadzie kontynuowaliśmy temat.
Potem była religia, na której mnie i Izy, tak właściwie nie było.. Zostałyśmy zwolnione przez Panią polonistkę, ponieważ miałyśmy próbę do akademii. Poszło nam fajnie, i zostałyśmy wypuszczone, więc stwierdziłyśmy, że wypadało by wrócić na religię.
Nasze poniedziałkowe religie, to w ogóle ciekawe zjawisko. Ponieważ, religii nie prowadzi ksiądz Michał, który jest nauczycielem, prowadzi ją diakon – ksiądz Łukasz.. Bardzo sympatyczny człowiek, z resztą tak samo jak ksiądz Michał.
Na czwartej lekcji mieliśmy niemiecki. Właśnie skończyliśmy podręcznik dla pierwszej klasy! Na niemieckim Pan odpytywał nas ze słówek.
Na piątej lekcji, mieliśmy zastępstwo z Panią Asią. Sympatycznie było, jak zawsze. czytałyśmy mit o jaskini, Platona.
Na szóstej lekcji zaś dziewczyny miały polski, a ja poszłam do Pani Asi, na rozmowę, bo dziewczyny, wszystkie poza mną i Wiktorią, której nie było, pisały akurat poprawę ze sprawdzianu..PO szkole, Izu podzieliła się ze mną pierniczkami własnej roboty, a ja rozkminiałam, co było na ich górze, okazało się, że to lukier. A ja, w swej naiwności myślałam że to czekolada, ale gdy spróbowałam stwierdziłam, że YYYY kwaśne! Potem poszłam do P.Małgosi – internatowej psycholog, która również jest bardzo sympatyczna. Po powrocie, zgodnie z naszym zwyczajem, odprowadziłam Izę na orientację, łącząc się z nią w bólu, i poszłam na górę.
Sporo czasu spędziłam w szóstej grupie, rozkminiając co robi Pani Iza – wychowawczyni szóstki, potem zjadłam kolację, i powróciłam do szóstki, by poczekać na Klaudie, która zawsze się wszędzie spóźnia, w tym wypadku to dość pozytywna cecha, bo bywa śmiesznie. 🙂 POmogłam dziewczynom zrobić sałatkę, i poszłam z Klaudią na próbę, do kolejnego występu, tym razem chóralnego. Zaraz się dowiecie o co chodzi. Po próbie do internatu odprowadziła nas siostra Marta, która najpierw stwierdziła, że przecież sobie poradzimy, a potem, gdy zaczęłyśmy jej śpiewać, stwierdziła, że idzie z nami do końca. 🙂
We wtorek, nie było mnie od pierwszej do piątej lekcji, ponieważ – był u nas w Laskach kardynał Nycz. najpierw była próba, a potem kardynał się zjawił..
Było sympatycznie. PO przedstawieniu kardynał powiedział kilka słów, a potem były życzenia i łamanie się opłatkiem. Bieeeeeedna Zuzia, byłam jej przewodnikiem, najpierw prowadziłam ją ze szkoły, do biura, gdzie odbywała się uroczystość.. I Zuzia cały czas próbowała mi powiedzieć, że właśnie się zgubiłyśmy, no cóż, odnalazłyśmy się, i chyba odkryłam inną drogę do biura, od jakiejś dziwnej strony, tyle że nie była bym jej w stanie powtórzyć raczej.
Mała dygresja, ostatnio wieczorami, gdy przewodnicze niektórym słabowidzącym koleżankom, odkrywam nowe drogi, ciemność mi sprzyja!
A tak wracając do życzeń, pochodziłyśmy trochę po wielkim tłumie, doszłam do wniosku, że yyyy ja nikogo nie znam, i stwierdziłyśmy, że wracamy do szkoły.. Potem miałyśmy informatykę, na której nie działo się nic, bo Pan stwierdził, że możemy mieć przedświąteczną lekcję. A potem był niemiecki, gdzie słuchałyśmy kolęd i niemieckich piosenek dla dzieci, oraz tłumaczyłyśmy ich teksty na język polski. 🙂
Po powrocie ze szkoły, po zajmowałyśmy się chwilkę niczym, a potem poszłyśmy do domu chłobców na przedstawienie.. Stwierdziłam, że nigdy więcej nie założę koturn na cały dzień. To znaczy, doprecyzowując, tych, koturn. Strasznie niewygodne są.
Po przedstawieniu zajęłyśmy się z Izą grą w Farkle, przekonane, że nie ma zajęć z szołdałna. Myliłyśmy się! w pewnym momencie do naszego pokoju weszła Pani Agata, i radośnie oznajmiła, że idziemy.
Sympatycznie było, jak zawsze.
W środę zaś, był najciekawszy szkolnie dzień.
A dla czego?
A no dla tego, że prawie nie było lekcji..
Na pierwszej lekcji mieliśmy mieć zastępstwo z Panią Asią, ale w końcu mieliśmy okienko, a Pani Asia przyszła na ostatnie pięć minut i powiedziała , że możemy sobie już iść, jeśli chcemy.
Na drugiej lekcji, ja i Iza, zostałyśmy porwane przez Pana Dyrektora na próbę, a po próbie poszłyśmy na herbatkę do socjala. Ostatnio odkryłam sympatyczny czajnik w socjalu, zorientowałam się też w tym gdzie jest herbata, cukier itp. Wiem, trochę długo mi to zajęło. Ale unikałam tego miejsca, ze względu na ilość ludzi. Do pewnych czynności potrzebuje skupienia, a ludzie mnie usilnie rozpraszają. Inna rzecz, że czasem nawet ciężko jest się tam dopchać.
Na trzeciej lekcji, mieliśmy kolejne zastępstwo z Panią Asią. na którym uczyliśmy się filozofii, było ciekawie, odpowiedziałam na wszystkie pytania, które były pod tekstem, a nawet na te, których nie było.. 😀
A po trzeciej lekcji, bezpośrednio zaczęła się akademia. Przeczytałyśmy teksty, pośpiewałyśmy kolędy, i przyszedł czas na życzenia. Najpierw chodziłam z Zuzią, a potem z Izą, a i tak znalazłyśmy mało interesujących, i chcących z nami współpracować osób. Na piątej lekcji, mieliśmy mieć zastępstwo z Panią Ewą. Ale pojawił się problem, uroczystości nadal trwały, zarówno w nauczycielskim, jak i na holu. Nie ważne, że na holu te uroczystości polegały, na wzajemnym gadaniu w małych grupkach. Dla klimatu były kolędy puszczone z głośnika.. 🙂
My z Izą, czasem Wiktorią i Zuzią, ale głównie z Izą, chodziłyśmy przez całe okienko wszędzie, gdzie się tylko dało, zaglądając do wszystkich sal, denerwując innych, i prosząc o przejście, a także płacząc ze śmiechu z naszych pomysłów, i koleżanki krzyczącej "Uwaga, moja twarz"! Do tej pory nie wiem, o co jej chodziło.. 🙂
Przed szóstą lekcją dostaliśmy prezenty, od jakiejś szkoły.. Pamiętam, że miałam dużo czekolad, dwa pendrivey, z czego jeden bardzo dziwny, nie podobny do pendrajwa i delicje.
Po lekcjach, poszłyśmy do internatu, i zaczęłyśmy się szykować na internatową wigilię, a szykowanie to, polegało głównie na siedzeniu, siedzeniu, a jakby ktoś pytał to jeszcze siedzeniu, a, no i nic nie robieniu oczywiście, żeby nie było wątpliwości. A tak poważnie, ja rozmawiałam z kilkoma sympatycznymi osobami, grałam chwilę w farkle, i szykowałam sobie sukienkę, oraz inne dodatki typu kolczyki.
Na wigilii internatowej, również było sympatycznie, najpierw były jasełka. A potem składanie życzeń i posiłek. Było mi bardzo miło, bo złożyło mi życzenia dużo osób takich, po których się tego nie spodziewałam, ale także takich, które są mi dość bliskie..
Po poczęstunku, było kolędowanie, nawet odważyłam się wyjść na środek, i w towarzystwie koleżanek i Pani Agatki, którą serdecznie pozdrawiam, bo wiem, że czyta, coś wykonać.
W czwartek na pierwszej lekcji, mieliśmy rozszerzenie z Panią Jolą, na którym robiliśmy sudoku, i próbowaliśmy z czterech różnych, dziwnych, kanciastych klocków ułożyć literkę,t..
Na drugiej lekcji, również mieliśmy zastępstwo z Panią Jolą, na którym słuchaliśmy muzyki..
Na następnych dwóch lekcjach był WF-y, na których ubłagaliśmy Pana, by iść na Szołdałna.
A potem, zostałyśmy zwolnione, ponieważ w laskach było radio złote przeboje, i grupa Prestige MJM, zjedliśmy obiad, i poszliśmy na próbę do świetlicy.
Śpiewaliśmy, a chętne osoby udzielały wywiadu, w tym ja. Mówiłam coś o świętach, i kilka słów o tym, dla czego lubię Bocellego, bo ogólnie dostaliśmy od nich bilety na jego koncert.
Dodatkowymi upominkami były także, czekoladowy medal, oraz kubek, płyta i coś jeszcze z tego co pamiętam. 🙂
Wieczorkiem, spędziłam sympatycznie czas z Izą, Wiktorią, i Agatką na wspólnych wygłupach.. 🙂
W piątek, lekcje rozpoczęliśmy religią, na której jak zawsze było sympatycznie.
Na drugiej, trzeciej i czwartej lekcji, trwała nasza wigilia klasowa.
Najpierw, dzięki uprzejmości naszego wychowawcy, zjedliśmy uszka z barszczem. 🙂 Potem, była pyszna sałatka z łososiem, moje klimaty. A potem był makowiec.
W tle leciały kolędy.. Mieliśmy także sympatyczne towarzystwo, w postaci Pana Dyrektora, Pana Marka, czyli naszego wychowawcy, a potem pani Asi i Pani Joli, ogólnie było bardzo fajnie!
Na piątej, ostatniej przedświątecznej lekcji zaś, był polski. Na którym również słuchaliśmy kolęd, oraz kończyliśmy przypowieści biblijne.
Pozdrawiam Was, i życzę miłego czytania!

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Plany są trudne! Czyli o zeszłym tygodniu słów kilka. :-)

Witajcie! Dawno mnie tu nie było, więc chyba wypadało by ten stan rzeczy zmienić. Jak tam u mnie? A no, jest OK. Spróbuje Wam opisać zeszły tydzień – przed rozjazdem, od 21 do 25 października jak zwykle wpis z opóźnieniem, o przerwie listopadowej, też się pewnie kilka słów kiedyś pojawi.
W poniedziałek, standardowo, zaczęliśmy tydzień od pobudki z Siostrą Janą Marią, wstałam, ogarnęłam się mniej więcej, i poszłam udawać, że jem śniadanie, po czym uciekłam do pokoju, czekać na Izę, swoją drogą, zawsze tak robię, niezależnie od wszystkiego, większość poranka spędzam w pokoju,a wychodzę tylko wtedy, kiedy muszę. Potem wybrałyśmy się z Izą do szkoły. Na pierwszej lekcji mieliśmy godzinę wychowawczą, na której namawiałam pana, do poczytania książki o PRL-u, a chodziło o to, że kiedyś Pan dał mi jakiś podręcznik, żebym miała co czytać na okienku, i było tam o komunizmie itp. A na ostatniej lekcji dał mi za to podręcznik, który był pisany w czasach komunizmu, eh, co za wyczucie! Na godzinie wychowawczej ogólnie zajmowaliśmy się ustalaniem stopni na połowę semestru..
Następną lekcją była historia, na której Pan kulturalnie odebrał mi książkę, nie dając skończyć czytanego zdania, i przełączył moją uwagę na lekcje. YYY. Nie poskutkowało, bo i tak nie byłam zbytnio skupiona, nie wyspałam się!
Następnie mieliśmy religię, fajny przedmiot, nie powiem. W poniedziałki zazwyczaj zagląda do nas diakon Łukasz, a nasz ksiądz Michał siedzi, i obserwuje, śmiesznie było.. A potem nadeszła długa przerwa, na której stwierdziłam, że po dwóch miesiącach mam dosyć szkolnych kanapek, i pożyczyłam od Izy sevendaysa, dobry był, ,bardzo.
Po długiej przerwie wybrałyśmy się na niemiecki. Lubię ten przedmiot nawet, bo nie wymaga zbyt wiele uwagi, można sobie siedzieć, czytać i się udzielać, albo w sumie nie udzielać też, bo i tak nigdy nie można dostać plusa, więc udzielać się nie warto. Przez całą lekcję Pan pytał nas ze słówek, po czym i tak nie wystawił ani jednej oceny, bo stwierdził, że dopowiemy jutro, jak się lepiej nauczymy.
Potem poszliśmy na matmę, straszny przedmiot! Pan generalnie jest dość bardzo wymagający i surowy, a nie którzy próbują z nim dyskutować, przez co, często obrywa cała klasa, ale nie zamierzam wchodzić w szczegóły. A potem, a potem zrobili nam nadzieję! Pani od polskiego jechała na wycieczkę, i stwierdziła, że może nas wziąć, po czym się okazało, że jednak nie ma miejsca, i musimy wrócić na matmę, ale nadprogramową, która jest zastępstwem. Straszne to było! A tak apropos, każde zastępstwo, jakie nam dają, to albo jest niemiecki, albo matma, względnie polski, ale na to narzekać nie mogę, a ostatnio nawet mieliśmy zastępstwo z psychologiem, z czego ja byłam niezmiernie szczęśliwa, niektórzy wiedzą dla czego.
W poniedziałek po szkole w teorii nie miałam żadnych zajęć, a w praktyce, zamieniłam się z Izą na orientację, więc od siedemnastej do dwudziestej byłam wyciągnięta z życia. Ciężko było. Najpierw poszliśmy do pracowni orientacji przestrzennej, w której odkryłam, że w sumie to plany są trudne, a gra w kółko i krzyżyk jeszcze trudniejsza! Nie nie, ja nie grałam, byłam tylko w roli obserwatora patrząc, a raczej słuchając, jak Pani Marta uczy Zuzię gry, hm, chyba podziękuję. W pracowni miałam też okazję zobaczyć domek dla lalek, z windą na korbkę.
🙂 Potem wybraliśmy się w podróż do Jabłonek, trafiłam, nie zginęłam, cud! A potem, od internatu chłopców miałam dojść gdzieś tam, no nieistotne, a doszłam do Szkoły specjalnej, nie pytajcie czemu! Pomyliły mi się strony, i tak wyszło. Po kolejnym powrocie do internatu wybraliśmy się na wieś laski, wyszliśmy bramą południową, przeszliśmy się zimnym, ciemnym strasznym lasem, który i tak poprzednim razem był bardziej straszny, a teraz już bardziej, jak by to rzec, oswojony. Przeszliśmy ośrodek na około, i wróciliśmy bramą północną, więcej informacji nie mam… Wiem tylko, że jest tam kościół, i jakieś sklepy, i bramy, dużo bram.
Po orientacji odmawiałam posłuszeństwa pod każdym względem, a mojej sytuacji nie poprawiało to, że miałam jeszcze matematykę do zrobienia.
Wtorek zaczęliśmy matematyką. Nie nie i jeszcze raz nie, mało że przedmiot straszny, to jeszcze rano! Potem mieliśmy angielski, ulga dla ludu! Zwłaszcza, że nic prawie nie zrobiliśmy, bo Pani szukała kartkówek, czy czegoś w podobnej konwencji, czego i tak nie znalazła.
Następnym przedmiotem była chemia, ciężej, o wiele ciężej, zrobiliśmy temat o promieniowaniu, długie, trudne, koszmarne, i w ogóle… A ja w między czasie zdążyłam odkryć, że nie działa mi klawiatura w braillesensie, no cóż, bywa i tak. A więc na chemii siedziałam, i rozkminiałam, jak zapisywać indeksy na komputerze..
Później, nastąpił polski, bardzo lubiany przez nas przedmiot i Pani…
A potem mieliśmy informatykę, której w rzeczywistości nie mieliśmy, zamiast tego mieliśmy matematykę, bo nic innego by nam nie dali, ale z Panem Maćkiem, miła odmiana, bardzo miła!
A ostatnim szkolnym przedmiotem tego dnia, był niemiecki.. Uzbierałam piątkę ze słówek, co mnie bardzo ucieszyło.
Wtorek jest generalnie trudnym poszkolnie dniem, ale mi to odpowiada. Odpoczęłam, i poszłam na chór, gdzie zaczęliśmy robić jakieś skomplikowane dzieła, a tak poważnie, to przez całą próbę siedzieliśmy nad jednym kanonem, i wygłupialiśmy się z alikwotami, CI co wiedzą, to wiedzą. 🙂
A po chórze, poleciałam na Showdowna, fajnie było! przegrałam, jak zawsze, po czym drugi mecz wygrałam, opłacało się iść!
Środę zaczęliśmy angielskim, na którym siedzieliśmy nad modułami, i czytaliśmy jakieś teksty. Pani doszła też do wniosku, że skoro chcę iść na rozszerzenie, to trzeba zacząć działać w tym kierunku, słusznie, bardzo słusznie!
Potem mieliśmy historię, ciężko, oj ciężko, ale plus był taki, że poprawiłam sprawdzian, i kartkówkę również napisałam dobrze, więc w zasadzie poprawiło mi to humor.
Potem była geografia, na której część pracowała z mapą, a druga część poprawiała kartkówkę. którą mnie udało się zaliczyć za pierwszym podejściem.
A potem, był mój najukochańszy przedmiot poza angielskim.
Filozofia! pani Asia powiedziała mi piękne, "Bądź dobrym dzieckiem, i zanieś mi to do klasy", stwierdziłam, że jeśli mogę, to sobie na nią poczekam, pozwoliła. W klasie Pani zaczęła pytać Izę, a ja jej w tym usilnie przeszkadzałam, zgłaszając się. Pani Asia, jak to Pani Asia, dyplomatycznie mnie ignorowała. Ale potem doczekałam się swojego! Pani zapytała i mnie, i dostałam czwórkę. Na koniec lekcji, Pani Asia doszła także do wniosku, z wielką radością z resztą, że doszedł jej mail ode mnie, co jest czymś nowym, bo zazwyczaj i mnie, i jej pokazuje się, error.
Potem mieliśmy matematykę, na której robiliśmy jakieś trudne, jak zawsze, zadania, nic nowego.
A potem był WOS, co było dość przerażające, bo mieliśmy pierwszy sprawdzian. Pani stwierdziła, że nie pozwala pisać na komputerach, bo jak się tak pisze, to można ściągać, i że mamy iść po maszyny, sprawdzian był trudny, i niesympatyczny, 😀 Pozdrawiam panią Anię, polonistkę. I Panią Gosię, byłą polonistkę, Na pewno były by dumne.. 😛
A potem była matematyka wyrównawcza, kocham ten przedmiot o wiele bardziej, niż podstawę i wszystko co z nią związane. Chodzę, bo powinnam ogarnąć notację, ogólnie notacje już ogarnęłam po większości, ale chodzę dalej i mam zamiar chodzić jeszcze długo, bo lubię.
A potem miałam fortepian, fajna Pani, fajny przedmiot, i fajny instrument. Nauczyłam się akompaniamentu do utworu "Orzeł biały" z powstania warszawskiego, ładny, ale smutny.
A po fortepianie miałam wolne do końca dnia, co było bardzo radosne. Spożytkowałam go na zrobienie lekcji, pogranie na fortepianie, i pójście z Izą na wieczernicę dotyczącą powstania warszawskiego
W czwartek, zaczęliśmy matematyką rozszerzoną, na której robiliśmy podstawę, lubię ten przedmiot, sympatycznie jest.
Potem był polski, na którym mówiliśmy o plejadzie poetów starożytnych, fajny temat, choć dość trudny.
A potem klasa miała dwa WF-y a czemu klasa, a nie ja? BO ja się zwolniłam, i pan ze smutkiem stwierdził, że nie chcę akceptować zwolnienia, bo nie lubi, jak uczniowie się zwalniają, ale jeśli napisał je wychowawca, to niestety powinien, więc zaakceptował, i miałam okienka Jedno spędziłam na nauce biologii do sprawdzianu, a na drugim poszłam męczyć P.Asię psycholog, podziwiam za cierpliwość!
Potem były angielskie, na których robiliśmy moduły, kocham ten przedmiot, mówiłam to już? pewnie tak.
A potem była biologia, na której był trudny sprawdzian, jak zawsze, a w sumie poprawa sprawdzianu, poszło mi w miare, też jak zawsze. 😉
W czwartek po szkole, zawsze mam fortepian, co jest o tyle straszne, że mam pięć minut na ubranie się, i przejście do A300, ten kto wie gdzie to jest, to dobrze, a ten kto nie wie, można się dowiedzieć. No w każdym razie, raczej nie zdarza mi się nie spóźniać, na fortepianie robiłam sobie akompaniament do Orła białego, polubiłam to już i ogarnęłam w sporej części.
W piątek zaś, zaczęliśmy religią, na której, jak zwykle miały miejsce ciekawe dyskusje…
Następnie mieliśmy fizykę, a właściwie dwie. Jedną sami, a drugą z pierwszą B, zastępstwo za angielski.
Na pierwszej pisaliśmy trudną kartkówkę, i robiliśmy temat, a na drugiej oglądaliśmy bardzo ciekawy film, o katastrofie, a właściwie o spuszczeniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki.
Potem zaś mieliśmy rozszerzoną matmę, na której robiliśmy podstawę, i uczyliśmy się EDB, za zgodą Pani, oczywiście..
Następnie mieliśmy polski,..
Ostatnią lekcją zaś było EDB, na którym był sprawdzian, z którego dostałam piątkę, i piątkę z aktywności, i w ogóle mam piątkę na pierwszy trymestr. <3 A poza tym, Pani stwierdziła, że mamy pić dużo wody, a co więcej, nawet sama nam tą wodę na lekcję przyniosła. 🙂 Pozdrawiam i lubię. <3
A po szkole, doszłyśmy z Agatą do mądrego wniosku, że pójdziemy sobie na huśtawki dla pierwszej i drugiej grupy. Było bardzo sympatycznie. A wieczorem, gdy Iza wróciła z orientacji, wybrałyśmy się na wolontariat, do młodszej grupy specjalnej, gdzie również było sympatycznie, choć pracowicie. 🙂
Pozdrawiam Was, i zachęcam do czytania i komentowania. Ps. standardowo, dajcie znać kto dotrwał. 🙂

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Jeszcze żyje! Czyli o moim początku w laskach.

Uwaga! Oczywiście, że z opóźnieniem! Wpis opowiada o, początku roku i reszcie pierwszego tygodnia. Taki o czasie aktualnym też się pewnie kiedyś pojawi. Opowiem Wam kiedyś także o ludziach, internacie, przerwach itp. Na razie, pozostańmy w klimacie czysto szkolnym., bo przerw z początku roku już nie pamiętam, a że przez prawie trzy tygodnie byłam pozbawiona komputera, to na bieżąco pisać nie mogłam.

Witajcie! Wspominałam paru osobom, że u mnie się bardzo, ale to bardzo pozmieniało. Pamiętam, że mam dla was napisać zaległy wpisik o orientacji, pamiętam, że obiecywałam, ale, jeszcze nie teraz. Kiedyś się pewnie pojawi, jak znajdę czas..
A tymczasem. Co tam ostatnio u mnie?
Jak CI bardziej wtajemniczeni wiedzą, tym mniejwtajemniczonym też się pewnie gdzieś tam przewinęło. Od niedzieli, jestem sobie w laskach. BO stwierdziłam, że prawdopodobnie czas na zmianę. Skoro liceum, to czemu by nie spróbować czegoś nowego?
Ogólnie, po kilku dniach pobytu tutaj, jestem bardzo zadowolona.
W niedzielę przyjechałam sobie tu z Izą, @Moonlight 22, która chodzi ze mną do klasy. Usiadłyśmy na ławce, i poznałyśmy. Najpierw siostrę Ancillę, która krążyła w jakichś celach, a potem Panią Tereskę z dyżurki. Potem poszłyśmy do internatu. Gdzie ja, udawałam, że jem kolację. PO kolacji odwiedziła mnie @Zuza, która, oczywiście, również jest ze mną w klasie. PO czym, wyszłyśmy do chłopaków. @Nowik, @Żywek, dzięki za niedzielne spotkanko!
W poniedziałek, najpierw poszliśmy na mszę świętą. Którą prowadził Ksiądz Michał. Potem przeszliśmy do Jabłonek, na przywitanie nowych uczniów, i rozdanie jabłek oraz róż. Pan Dyrektor również prowadził fajnie, choć trochę przy długo. A potem wylądowałam w klasie historycznej, na spotkaniu z wychowawcą, gdzie stwierdziłam, że mam dosyć wszystkiego.
Po szkole wybrałam się na obiad, gdzie przywitały mnie zupa z soczewicy, i makaron z serem i truskawkami. Eghm. Dziękuję, postoję. No w każdym razie, poudawałam, że coś tam jem, i wróciłam do grupy. Potem z mamuśką szukałyśmy Biura szkolnego, przewijając się przy okazji przez Dom przyjaciół. @Pani Lucynko, pozdrawiam. I podziwiam za to, że chciało się Pani wypisywać te wszystkie papierki! Potem odkryłam że mam w grupie Jolę, która jest ogólnie człowiekiem, bardzo lubiącym być wszędzie, byle by poza internatem. Więc, jak na prawie dorosłych przystało, wybrałyśmy się na plac zabaw, coby zbadać teren. 😛 Wieczorem, spotkałam się z papierkiem, Żywkiem, i ktosiem, który ni ma Eltena. Pospacerowaliśmy, otrzymałam Braillesensa, i wróciłam do grupy.
We wtorek, zaczęliśmy matematyką. Podstawę, mamy z Panem Grzegorzem. Hmm, ciekawy człowiek, nie powiem. Ogólnie dość poważny, ale tak to to nic poza tym złego nie widzę. Ps. Po trzech tygodniach nauki zmieniłam zdanie. D
Potem poszliśmy na angielski, z Panią Moniką. Jak ją poznałam, to stwierdziłam, że na milion procent biorę sobie rozszerzenie. Wymagająca, ale też z poczuciem humoru. Bardzo to cenię.
Następnie wybyłyśmy na chemię do pani Ewy, która, zamiast lekcji organizacyjnej, czytała nam artykuł o słoniach. Nie powiem, ciekawe zajęcie.
potem poszłyśmy na polski, z Panią Anią, która miała żal do dyrektora, że zajął jej całe 11 minut lekcji, i ona nie ma czasu na organizacje. D
Następnie wybyłyśmy na informatykę z Panem Piotrem, który ucieszył się z czterech dziewczyn, i ani jednego chłopaka. We wszystkim są jakieś plusy!
A ostatnią lekcją był niemiecki, gdzie odkryłam, że wszystkie firmy są niemieckie, i wszystko, co istnieje również jest stamtąd.
W środę, zaczęliśmy angielskim, na którym zaczęliśmy tak zwane The Roud Less Travel, ciekawe to jest nawet. Tak w sumie to o tym, jak facet wkurzał kobitkę, bo się nią wysługiwał, i udała się do Kalifornii, bo stwierdziła, że ma go dość. Jak dostanę od początku, to zainteresowanym podeślę, bo ogólnie to jest w odcinkach.
Następnie mieliśmy historię, na której czytałam harrego Pottera, no, tak prawie legalnie. Pan stwierdził, że po początku roku wszystko wiemy, więc rozmawiał z technikum, a my miałyśmy spokój.
Potem była geografia, na której stwierdziłyśmy, że trafiłyśmy na gorszy dzień pana.
Jaka to klasa?
Geograficzna!
Panu chodziło o to, która to klasa, ale nie dokładnie sformułował pytanie, a najśmieszniejsze jest to, że Pan nadal nas o to pyta, a mieliśmy z nim już trzy lekcje. No cóż.. Odpowiedź nasuwa się sama!
Potem Pan się na nas wkurzył o to, że gadamy, po czym doszedł do logicznego wniosku, że jest przerwa, i padły słowa.
A, to ja sobie stąd idę, no cóż. Smuteczek!
A potem, potem był najbardziej wyczekiwany prze ze mnie przedmiot poza angielskim. Filozofia! Pani stwierdziła, że za karę do czytania będzie dawała nam Kanta, ja stwierdziłam, że tak w sumie, to sobie go chętnie poczytam, i co? I dostałam! A teraz z koleżanką, znalazłyśmy sobie nowy sposób wkurzania Pani, wkręcamy jej, że pójdziemy na rozszerzenie z z filozofii, i nie wiem, jak dla koleżanki, ale jak dla mnie, jest to fajny pomysł na życie.
Następnie mieliśmy matematykę, na której kończyliśmy organizacje, i ogarnialiśmy pierwszą lekcję, którą dwa tygodnie później, nadal kontynuujemy, a mamy pięć działów, po dwanaście tematów, także jak tak dalej pójdzie to, hmmm! W klasie maturalnej skończymy pierwszą książkę!
A potem, potem mieliśmy WOS, jak na razie najtrudniejszy przedmiot pod względem tego, żeby nie zasnąć, dobra, i EDB, które jest chyba gorsze nawet. No ale dobra, była kolejna organizacja, więc zbyt dużego skupienia nie potrzebowałam. Wszystko wiem!
W czwartek, zaczęliśmy rozszerzeniem z matmy, które mamy z P.Jolą.. Było bardzo fajnie, Pani opowiedziała nam o sobie, a my jej również.. Pani Jola, podobnie jak my, nie widzi.. Więc tymbardziej ją podziwiam. <3
Potem był pierwszy pracujący język polski, na którym mówiliśmy o starożytności. Najpierw pomyliłam renesans ze średniowieczem, a potem oświecenie z odrodzeniem.. Hmm, a potem, po tak dotkliwych porażkach, przestałam się odzywać. D Także, współczuje Pani Ani naszej klasy! Co jedna to lepsza. 😛 I tak Was lubię! :* A potem mieliśmy dwa WF-y, ja stwierdziłam, że nie mam stroju, bo to powinny być lekcje organizacyjne, dziewczyny stwierdziły, że w sumie to one też nie mają. I Pan nas puścił na dwa okienka. Na pierwszym czytałam przewodnik po muzeum sztuk pięknych, dostarczony przez P.Asie – psycholog, a na drugim ogrywałam Nowika w Ninety Nine na Quentinie.
A potem mieliśmy dwa angielskie, na pierwszym trochę podłubaliśmy w The Roud Lessach, a potem poszliśmy na czytanie z Panią Prezydent!
pani Duda, była u nas w laskach, i czytała nam fragment noweli dym, a dziewczyny i wychowawcy, i kilku chłopaków, przygotowali nowelę Katarynka.. Bez sensu jest to zdanie, ale niech tam! 😀
W piątek, zaczęliśmy od pójścia na pierwszy piątek miesiąca, przez co przepadła nam religia.
Kiedy wróciliśmy, poszliśmy na fizykę, z S.Moniką. Powiedziałam Siostrze, że słyszałam dużo dobrych rzeczy na jej temat, siostra stwierdziła, że to nie prawda. A potem chciała sprawdzać grawitację na koledze. Aha, stwierdziła też, że tak w sumie, to ona nie ma telefonu, bo jej nie potrzebny..
Na początku lekcji, miał też miejsce ciekawy dialog.
I tu przyda się informacja, że siostra uczyła Zuzię przez trzy lata gimnazjum..
Zuzia – Cieszy się siostra, że mnie siostra widzi, prawda?
Na co siostra, Hm. Nie każ mi kłamać, u spowiedzi byłam!
Ja już uwielbiam nasze lekcje fizyki! D
Potem mieliśmy angielski, na którym trochę ogarnialiśmy czasy..
Następnie, mieliśmy rozszerzoną matmę, na której szczerze mówiąc nie pamiętam co robiliśmy. Ale to mało istotne w sumie.
A potem mieliśmy polski, łączony z klasą pierwszą B, w której z Eltena są Wojtas i Titomaton, i chyba nikt więcej. Ale tak czy tak, było ciekawie. Ja pisałam Kacprowi wiadomość na brailesensie, a on mi odpowiadał..
A potem mieliśmy EDB, na którym uśmiałam się z chłopaków, bo cały czas nam cisnęli. Ale przynajmniej nie spałam!
Pozdrawiam was, i zachęcam do komentowania! Ps. dajcie znać kto dotrwał do końca. BO ten wpis, jest trochę, hmmm ciężki.. 😀

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

„Umoczy umoczy”!, czyli Jantar 2019. :-)

Witajcie witajcie! Jak niektórzy wiedzą, wyemigrowałam sobie ostatnio na tydzień do Jantaru. Było super!
Byłam tam od 20 do 27 sierpnia.
Wyjechałyśmy po trzynastej. Miałyśmy wyjechać wcześniej, ale trzeba było się wyspać, dopakować, ogarnąć, i poznosić rzeczy. A, że u nas zawsze jest więcej rzeczy, niż ludzi, a co więcej, więcej rzeczy, niż potrzeba, 😉 to to znoszenie trochę trwało. U nas to rodzinne. Babcia ma tak samo. WIęc kiedy po nią przyjechałyśmy, trzeba było poogarniać jeszcze jej rzeczy.
Ludkowie, nie umawiajcie się ze mną na wyjazdy. 😀 Chyba, że chcecie trzymać swoje rzeczy na kolanach. I nie liczcie, że moja mama, kiedykolwiek, pojawi się gdzieś punktualnie.
Jeśli bierzecie pod uwagę te dwie rzeczy, i jesteście w stanie je zaakceptować, to. ja Was podziwiam…:D Kiedy zajechałyśmy do Jantaru, było po dwudziestej pierwszej. Masakra. Inteligencja nawigacji mnie przerosła. Jedziemy autostradą, a tu, skręć w lewo, następnie, skręć w prawo, kilka sekund później. Zawróć. 😀 Ogarnęłyśmy pokój, moja mama próbowała otworzyć lodówkę w drugą stronę niż logika nakazuje, przez co prawie ją zepsuła. Ale ostatecznie lodówka ostała się w całości, sukces!
Zostawiłyśmy babcię w pokoju, i jako narodowe łaziki wybrałyśmy się w poszukiwaniu plaży.
Do morza miało być bliżej, niż w zeszłym roku, a okazało się, że jest dalej. Nie ma to, jak być dobrze doinformowanym!
Pojeździłyśmy, moja mama doszła do wniosku, że jest, ciemno, i, tak jakby ona nie widzi plaży, wskazówek, a co więcej, nie wie gdzie jest. Ale za to widzi, gofry i lody. A więc zaparkowałyśmy samochód, w pierwszym widocznym, przeznaczonym do tego miejscu,i wybrałyśmy się na krótki spacerek.
Następnego dnia, zebrałyśmy się i wybrałyśmy na plażę. Szłyśmy przez las, bo miało być bliżej. I było, tyle, że babcia, nie chciała chodzić tamtędy, bo, do pokonania była wielka góra. CO dla babci było męczące, a dla mnie mało komfortowe, bo piaszczysta góra z korzeniami, jest trudna do przejścia, a zwłaszcza, gdy nie można patrzeć pod nogi. 🙂
Na plaży popolowałyśmy na kukurydziaża, którego, wyjątkowo, nie było, i poszłyśmy na spacer. Na którym zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Było zimno, a nawet bardzo zimno, na szczęście jeden jedyny taki dzień. A więc, szłyśmy z mamą zawinięte w koc, i wszystko było by super, gdyby nie to, że szłyśmy brzegiem morza, a koc szargał się po ziemi. Kiedy babcia zobaczyła przypływającą falę, wydała okrzyk, oburzonym głosem. Ejjjj! Bo umoczy umoczy! Miałyśmy ubaw z tego do końca wyjazdu.
Po odnalezieniu zeszłorocznych ścieżek, wybrałyśmy się na świeżo rozmrażanego dorsza. Tak tak, to też odkrycie z wyjazdu. Napisane było, świeży dorsz, znajomy mamy, jak mu to napisała stwierdził, że nie ma nad morzem w sezonie świeżych dorszy, a ciocia nam potem powiedziała, że jest zakaz łowienia. WIęc, generalnie, jeśli widzicie świeżego dorsza nad morzem, w sezonie, oznacza to tyle, że jest świeżo rozmrażany. Jeśli zaś nie widzicie przed nim napisu świeży, oznacza, że leży sobie długo. A to chyba gorzej, no nie? 😛
Kiedy wróciłyśmy z plaży, udałyśmy się do pokoju, sugerując się trzema białymi flagami, jedyny punkt charakterystyczny przy naszym hotelu..
Następnego dnia, również wybrałyśmy się na plażę. Hmmm. Nad morzem, to chyba norma. I również miała miejsce ciekawa sytuacja.
Najpierw, udało mi się upolować kukurydziaża. Dosłownie, w ostatniej chwili. Weszłyśmy na plażę, a on akurat uciekał, ale naczosy miałam. 🙂
Potem siedziałyśmy w ciszy, i jadłyśmy sałatkę. Na kocu obok nas urzędowały jakieś dwie dziewczynki. I w pewnym momencie, ciszę, przerwał głos, mówiący, "Zostaw mnie"! Ale to dziecko zrobiło to z taką ekspresją, że płakałyśmy z mamuśką ze śmiechu, przez co ja bym się udławiła. 🙂
Wieczorkiem wybrałyśmy się na zachód słońca. Mówiłam Wam kiedyś, że lubię je oglądać? 😛 Jeśli tak to dobrze, jeśli nie, to już wiecie. I dziwić się, że nie dogaduje się z poważnymi ludźmi. 😀
W piątek w dzień nie działo się nic szczególnego, bo, jak można się domyślić, wybrałyśmy się na plażę. A potem na obiad. Ja, wzięłam sobie FischBurgera, a to z kolei jest odkrycie z zeszłego roku.. 🙂 I nawet była w nim ryba, z ościami, co już mnie mniej ucieszyło.
Wieczorkiem zaś, wybrałyśmy się z mamuśką na karaoke. Było cudnie! Zbliżałam się do DJ-a, jak pies do jeża, rozkminiając, czy coś sobie zamawiać, czy jednak sobie odpuścić, i nie męczyć nikogo swymi wątpliwej jakości wykonami. Jednak mamuśka wygrała. Zamówiłam sobie "Małgośkę", nawet mam nagranie, ale uważam, że mi nie poszło. Odsłuch był straszny. Widziała to jedna osoba, i to był błąd, że jej pokazałam, bo podejrzewam, że we mnie zwątpiła. @Tajemnicza osobo, prawda? 😀 A tak poważnie, bywało lepiej, bywało gorzej, chociaż ja, jednak wolę to lepiej.
Wytańczyłam się, i wróciłyśmy do domu.
W sobotę mieli do nas dojechać Ziejka, i Kazik, czyli jej chłopak.
Pomijam fakt, że miałam z pięć nieodebranych połączeń, ale co dzwonił telefon, to mnie było nie po drodze, no cóż..
A potem miała miejsce cudna rozmowa, Młodzi szukali hotelu, a moja mama Ich kierowała.
Ale tam macie brązowy płot, po lewej stronie.
Ale tu nie ma brązowego płotu.
I Ziejka, skonsternowana, YYYYY, a może my mamy inne pojęcie brązowego?
Na co moja mama, wyczerpana tłumaczeniem. A może my mamy inne pojęcie lewej strony?
I tu, przydało by się opowiedzieć anegdotę.
Pewnego razu, Ziejka, wybrała się do naszej piwnicy, nie pamiętam po co, ale w każdym razie, mamy nie było w domu, a chciała, żeby coś jej dostarczyć. No więc mama kierowała Ziejkę, gdzie co jest. A teraz idź w lewo,
Poszłam, i nie ma!
Ale w moje lewo! Od tej pory, jak ktoś jej mówi w lewo, lub w prawo, zawsze się pyta, ale w moje czy twoje. 😀
Kiedy już wszystko poodnajdowałyśmy, wybrałyśmy się na plażę, i na zakupy, bo, doszłyśmy do wniosku, że czapeczki by się przydały, bo słońce, na dłuższą metę, może wypalić mózg. 🙂
Wieczorkiem znów zostawiłyśmy babcię, która wolała siedzieć w pokoju, niż eksplorować po nocy. I po raz kolejny, wybrałyśmy się na karaoke.
DJ nas poznał, przywitał się ze mną, przedstawił mi się, i skończyłam, śpiewając "Po prostu bądź" Manaamu. Nie wiem, jak mi poszło. Nie słyszałam się, a nagrania brak..
Potem z Ziejką zaśpiewałyśmy "Spowiedź", totalny spontanik, ale było, Hmmm, powiedzmy, że jakoś. Ja zapomniałam tekstu, a odsłuch był gorszy niż dzień wcześniej.. Potem, wybrałyśmy się na lody, gdzie, wkręcałyśmy Panu, że jesteśmy pod wpływem, i że jesteśmy Januszami. 😀
W niedzielkę, żeby tradycji stało się zadość, oczywiście, wybrałyśmy się na plażę. Ale, nadarzyła się pewna nowość, postanowiłam sobie, że się wykąpie.
Czy było to mądre, nie wiem. Ale, odkryłam kilka rzeczy. Np. to, że nie muszę chodzić w opasce, i rozpószczonychwłosach. Mogę chodzić w koku, na czubku głowy. I nawet nie wyglądam jak jełop!
Potem poszłyśmy na obiad, a potem, na pamiątki. Gdzie, moja babcia, kupiła mi fajną foczkę. A co to jest foczka? A no podusia. 😀 Jako, że mi jest wiecznie za nisko, a mój kotek, którego mam w użytku od lat ośmiu, jest już nieco zniszczony, to stwierdziłam, że warto nabyć coś nowego. Pomijam fakt, że przez cały tydzień w hotelu, spałam na płaskiej poduszce, po tylko taką dali, a ja nie wzięłam żadnej ze sobą..
Wieczorem, znów wybrałyśmy się na karaoke. Ostatnie niestety.. Ale przez to, że było to ostatnie, DJ, był mocno, mocno wstawiony. Więc najpierw śpiewałam "Baśkę" z moją Ziejką, potem śpiewałam coś z nim, ale nie pamiętam już co. A potem śpiewałam "Ale to już było", i na siłę "Małgośkę", do której mnie zmusił. A potem koło mnie siedział, i tu, niestety, nie cieszyłam się z mojej postury, bo ja siedziałam normalnie, a on, mimo to, zmieścił się koło mnie na krześle, a był nieco grubszy. Taaa, to już wiecie, ile miejsca potrafię zajmować. 😀
W poniedziałek, coby trochę odmienić, pojechałyśmy do Rumi, do mojej cioci.
Weszłyśmy na górę, usiadłam sobie, i ciocia stwierdziła, że powinnyśmy coś zjeść. Ci co mnie znają, wiedzą, że jestem niezbyt chętna do jedzenia. Ale zjadłam najlepszą zupę pomidorową na świecie! A potem, potem zdarzyło się coś, co byłam pewna, że się nie uda. Czyli, spotkałam się z Pajperem! Dogadywaliśmy się, i nie mogliśmy się dogadać, ale się udało.
Kiedy siedzieliśmy sobie u cioci, pokazałam mu swój nowy Image, czyli mojego koka. A potem padło magiczne pytanie.
"Kingo, a co się stanie, jak tego koka rozwiążę?".
Hm. Sprawdź!
I, przyznam szczerze, że, Dawidzie, jestem CI bardzo wdzięczna, że mi go rozwiązałeś, bo odkryłam, że moje włosy da się ułożyć inaczej, i że mogą być troszkę pofalowane. <3 Związałam sobie ogonek, i zaczęłam się bawić sznureczkiem od worka. Czyli magicznego wynalazku, który, jak się go założy na ramię, może być torbą, jak się założy na plecy, plecakiem, a jak się weźmie w rękę, to torbą podręczną. Sznureczek zepsułam, ale Dawidowi udało się go naprawić. 🙂
Odprowadzając Dawida, odkryłam, że w Rumii jest mapka dworca. Rumia Janowo, to malutka stacyjka, która nawet nie ma swojej budki dworcowej, a mapka jest, i to taka, że dużo na niej widać. Nie to, co u nas na dworcu ,gdzie zrobili litery brajlowskie, płaskie. Pozdrawiam Ich.
Potem z ciocią pojechałyśmy nad morze. Przepłynęłyśmy się rowerkami wodnymi, i wróciłyśmy do cioci.
Zjadłyśmy obiad, i pojechałyśmy do Jantaru, coby zrobić grilla.
Siedzenie na plaży do dwunastej w nocy, jest cudne! Zwłaszcza w dobrym towarzystwie..
We wtorek wstałyśmy, uzmysłowiłyśmy sobie, że właściwie, to powinnyśmy się spakować, i poszłyśmy na plażę.
Kiedy leżałam na kocu doszła do mnie bardzo przykra wiadomość..Chwilkę się pokąpałam, i poszłyśmy na obiad. Po czym, wróciłyśmy meleksem do domu.
Ogólnie rzecz biorąc, wyjazd uważam za bardzo udany.
Pozdrawiam Was, i zachęcam do komentowania!