Kategorie
Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

Widzę ciemność! Czyli o badaniach i innych przygodach. :)

Dzień dobry!
Tak dawno nie pisałam, YYY, nie tworzyłam żadnego wpisu na bloga, że już chyba zapomniałam jak się to robi. 😀
Ciągle mam postanowienie, żeby wrócić do pisania, ale odkąd zaczęłam pisać coś na kształt pamiętnika, piszę wszystko w nieco bardziej prywatnej formie, przez co nie nadaję się to do opublikowania totalnie nigdzie. Po pierwsze, bo to nie jest ciekawe, a po drugie, bo zazwyczaj nie są to zbyt długie wpisy.
Ale że ostatnio przeżyłam coś ciekawego, to uznałam, że to może być dobra okazja do tego, by spróbować powrócić do regularnego blogowania.
Byłam mianowicie na badaniach prowadzonych przez Instytut Biologii doświadczalnej, które dotyczyły głównie tego jak działa mózg osoby niewidomej, podczas czytania.
W poniedziałek na 16, miałyśmy się z rodzicielką zjawić w instytucie, i, o dziwo, nie spóźniłyśmy się, a kto zna choć trochę rodzicielkę ten wie, że dla niej to na prawdę jest wyczyn! 😉
Najpierw Pani zmierzyła mi temperaturę, za pierwszym razem 36,7, za drugim, 36,8, aż się zaczęłam na głos zastanawiać, czy za każdym razem będzie się zwiększało o jeden, ale uznałam, że nawet jeśli miałabym to sprawdzać, to już po badaniu, bo dyskwalifikacja nie była mile widziana. 😀
Potem była ankieta, która, jak to zwykle bywa była dość śmieszna, a że ja mam szczególny talent do nie ogarniania pytań, i rozumienia czegoś innego niż ktoś mówi, to było całkiem zabawnie, oczywiście też dla tego, że wypełniałam ją z rodzicielką, bo pani była z rodu tych troszkę poważniejszych, ale jak się później okazało nie tych bardzo poważnych. 😉 Potem pani chciała zacząć opowiadać mi czym jest rezonans, ale gdy dowiedziała się, że już miałam, zaoszczędziłyśmy kilka cennych sekund. 😀 Btw, Ci którzy śledzą tego bloga od dawna wiedzą, że mój poprzedni rezonans wspominam bardzo dobrze,. Dzięki temu nie stresowałam się samym rezonansem, a badaniami, bo co będzie jak się pomylę itd, moje perfekcjonistyczne zapędy przypominają sobie o mnie najczęściej we właśnie takich sytuacjach. 😀
Po ankiecie przyszedł czas na pozbycie się łańcuszka i bransoletek, z nimi akurat nie było żadnego problemu, pozbywam się ich z siebie co dziennie na dobranoc, ewentualnie gdy myję włosy, albo wykonuję jakieś inne czynności, np. zabawa z Lilką, podczas których mogą one ucierpieć, ale z łańcuszkiem nie było już tak łatwo, bo przez ponad rok nie zdejmowałam go ani razu, a że skleroza jest moją bardzo bliską przyjaciółką, po badaniach przypominałam sobie o łańcuszku w takich momentach, w których nie było szansy, bym go założyła, także wrócił do mnie dwa dni później, ale jest, i nawet nadal żyje. 😀
Teraz trochę o samych badaniach :
W pierwszej części leżałam na łóżku, w słuchawkach z linijką przypiętą do nóg, tak tak, ja wiem że to dziwnie brzmi, i zakładam, że równie dziwnie wygląda 😀
Najpierw było ćwiczenie polegające na tym, że raz słyszałam w słuchawkach jakieś słowa, potem miałam jakieś czytać na linijce, i nie musiałam udzielać żadnych odpowiedzi, a skaner buczał, i intensywnie szukał mózgu, musicie przyznać, że nie miał łatwego zadania. 😉
A, zapomniałam Wam powiedzieć, że poza linijką i słuchawkami w lewej ręce miałam poda, za pomocą którego musiałam udzielać odpowiedzi, kciukiem twierdzącej, wskazującym przeczącej.
Potem było zadanie, w którym musiałam nacisnąć kciukiem przycisk, albo gdy usłyszę szum w słuchawkach, albo gdy zobaczę sześciopunkt na linijce, można było się zgubić, bo co innego się słyszało, co innego czytało, a jedno jak i drugie bardzo szybko znikało, aż zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle nie zaczynam robić wszystkiego na odwrót. 😀
Potem było jeszcze kilka zadań z samym czytaniem i słuchaniem, jakieś, w którym trzeba było dać znak, gdy na linijce i w słuchawkach była ta sama litera, zaznaczanie czy wyrazy się rymują czy nie, niestety ze słuchu, znaczy, to nie problem, ale faktem jest, że wolę czytać niż słuchać, i pewnie mniej usypiające by to zadanie było, gdybym te rymujące się lub nie wyrazy musiała sobie sama przeczytać, a nie było ich dla tego, że były różnej długości, a linijka była tylko pięcioznakowa.
Możecie stwierdzić, że te testy są mega proste, a no nie są trudne, znaczy te części ze skanowaniem nie są, bo miały być możliwe do wykonania dla dzieci od pierwszej klasy wzwyż.
Po zadaniach, przed przerwą i drugą częścią, miałam czas na chwilę spokoju, a propos, z opowieści koleżanki @Moonlight22 wywnioskowałam, że nie będzie w ogóle czasu na leżenie, bo cały czas trzeba będzie działać, i trochę mnie to zmartwiło. 😀 Bo zdecydowanie bardziej potrzebowałam odpoczynku niż jakichś skomplikowanych zadań. No więc, miałam czas na chwilę poleżenia i posłuchania muzyki, oczywiście w skanerze, ale że muzyka go zagłuszyła, to nie szczególnie mi przeszkadzał.
Potem po małej przerwie była druga część, w której właściwie było tylko jedno zadanie, były literki w odbiciu i normalne n, t, k i chyba jeszcze jakaś, i trzeba było zaznaczyć kiedy wyświetlają się dwie te same litery, mogły być odbite, mogły być nie, a że sama na początku miałam problem z ogarnięciem tego zadania, to powiem Wam obrazowo, musiało być na linijce np. 2n czyli mogło być n odbite i zwykłe, dwa odbite, i dwa normalne, i w każdym z tych przypadków należało zaznaczyć że tak, są to dwie takie same literki, a że miałam już trochę przemęczony mózg, to kombinowałam na początku o co chodzi, ale ogarnęłam.
Potem był czas na wersję papierową i kilka pytań, najtrudniejsze były te o dominującą rękę, której używasz do czegoś tam, a do tamtego itd, ludzie, ja tego nie wiem! 😀
Chyba jedyne pytanie z tego zestawu, na które byłam w stanie odpowiedzieć bez analizy, dotyczyło jedzenia łyżką zupy. 😀
W prawie wszystkich pozostałych zaznaczyłam, że obojętne.
Potem były jakieś ćwiczenia, typu musiałam czytać zdanie i mówić czy jest prawdziwe czy fałszywe, musiałam w minutę przeczytać całą stronę jakichś dziwnych zlepków liter, udających wyrazy, i tak, zdążyłam! Został mi tylko jeden wyraz z którym się nie wyrobiłam.
Musiałam liczyć ile liter l jest w tabelce w danej linii, podawać definicję słów itd, skojarzyło mi się to trochę z takim rozbudowanym testem psychologicznym, w sensie z takim, jak robi się np. by uzyskać ożeczenie, miałam coś takiego przed liceum, gdzie jedna z Pań zapytała się z przerażeniem mojej rodzicielki, "A jak jej coś przeczytam, to ona mnie zrozumie"? Myślałam że wyjdę z siebie i stanę obok, swoją drogą ostatnio jakoś częściej niż zwykle mówią o mnie per ona, i zadają ludziom, którzy są ze mną różniste pytania. Różnica tylko taka, że tu nie pytali mnie co jest po kwietniu. 😀
Na koniec dostałam kulki magnetyczne, Pani stwierdziła, że mózg jest, (uffff, a już myślałam, że znajdzie tylko wieelką pustkę :D))wynagrodzenie pieniężne, czy jak tam to określić, i wybrałyśmy się z rodzicielką do hotelu, gdzie czekało nas duużo niespodzianek.
najpierw płatny parking, 45 Zł za dobę, NO oK, wszystko dobrze, ale gdzie jest wejście, jak tu wjechać, rodzicielka kombinowała, dzwoniła do hotelu itd, a w końcu i tak skończyło się na tym, że stanęłyśmy gdziekolwiek i najpierw poszłyśmy ogarnąć gdzie mamy pokój i zapytać o wszystko, o co było trzeba. 😀 A zestaw pytań był dość długi.
Jakby co Hotel też jest zapewniony z racji udziału w badaniu.
Poszłyśmy do recepcji ogarnąć, jaki mamy pokój, co z parkingiem itd. Kiedy wszystkiego się dowiedziałyśmy, ,poszłyśmy ogarnąć samochód i chciałyśmy wrócić do hotelu.
Trzeba Wam wiedzieć, że były tam dwa hotele, jeden z dopiskiem Budżet, drugi bez, pierwszy człon nazwy w obydwu był taki sam, poszłyśmy do jednego z nich, wjechałyśmy na trzecie piętro, i uwaga! Nie ma takiego pokoju, poszukałyśmy raz, drugi, trzeci, aż poprosiłyśmy o pomoc Pana z dołu, który na początku z ogromną pewnością siebie powiedział, że nie może być tak że nie ma, w końcu jednak ruszył się z miejsca i poszedł z nami, mądrzył się gdzie trzeba iść, i próbował pokazać że jest wyżej w chierarhi niż jacyś goście z Radomia, pff. 😉
Po czym okazało się, że rzeczywiście nie ma, jak można się domyślić z początku tej historii, poszłyśmy nie do tego hotelu co trzeba, ale potem był przygód ciąg dalszy.
Do pokoju nie było klucza, tylko karta, wchodzimy a tam ciemność, aż się zaczęłyśmy śmiać, że to jest pokój dostosowany pod niewidomych, choć nie do końca pode mnie, bo jednak ze światła zdarza mi się korzystać. Okazało się, że światło również działa na kartę. 😀
A razem ze wszystkimi światłami w pokoju, włączył się również telewizor. 😀
Kiedy już ogarnęłyśmy wszystko, co było możliwe do ogarnięcia, stwierdziłam, że idziemy coś zjeść, bo siedzenie od 21 w hotelu jest marnowaniem czasu.
Poszłyśmy na poszukiwania jakichś fast foodów, przyznać trzeba, że trochę nam to zajęło, bo tamte rejony Warszawy nie są nam zbyt dobrze znane.
Wylądowałyśmy w KFC, warto było. 🙂 Choć zdecydowanie wygrywa McDonald, a i 15 stripsuw na nas dwie, obydwie spożywające przeogromne ilości pokarmów, to tak gdzieś o siedem za dużo, także miałyśmy je też na następny dzień. 😀
Potem wróciłyśmy do hotelu, rodzicielka zajęła się sobą, ja czytaniem, obejrzałyśmy wspólny film z ZMD, domu tymczasowego, który uwielbiam, i udałyśmy się na spoczynek do wyjątkowo wygodnych łóżek. 😀
Następnego dnia niestety trzeba było wstać z budzikiem, by zdążyć na hotelowe śniadanie, nam nie był on potrzebny, bo obudziły nas wibracje wydobywające się zewsząd, m.in do rodzicielki postanowił ktoś zadzwonić tak tak, właśnie o ósmej rano, do ukatrupienia! 😀
Śniadanie było pyszne, potem miałyśmy zamiar iść do ZOO i nawet się udało, choć nie obyło się bez zgubienia się w hotelu. 😀
W ZOO zakupiłam sobie brajlowski przewodnik, który zawiera w sobie troszkę ciekawych, a zdecydowanie więcej nieciekawych informacji, przynajmniej do połowy, dalej na razie nie wiem, ale o tym później.
W ZOO moją uwagę przykuła matka, bardzo źle traktująca dzieciaki, najpierw przytrzymała dziewczynkę siłą do zdjęcia, a potem do drugiego dziecka, które na chwilę odeszło, powiedziała dość głośno, "wróć, bo Cię uderzę!", niestety nie jestem na tyle odważną osobą by zareagować, a to może i lepiej, bo znając takie osoby, oberwać się może nie tylko tym, którzy zwracają uwagę, ale potem i dzieciom, a tego nikt by nie chciał.
Zwierzaki prezentowały się tak jak za poprzednim razem, zwyczajnie, i niestety mało które chciały współpracować i wydawać z siebie jakiekolwiek dźwięki, ale samo przebywanie tam jest dla mnie przyjemne, a przy okazji rodzicielka może sobie popatrzeć, choć ogólnie co do takich miejsc mam zdanie mieszane, bo z jednej strony bardzo zależy mi na ochronie zwierząt, i jak nie którzy wiedzą, przez pewien okres nie jadłam mięsa, musiałam do niego wrócić przymusowo, ale gdy skończę szkołę planuję na zawsze je porzucić, z drugiej strony jednak Ogrody Zoologiczne pomagają przetrwać tym najbardziej zagrożonym gatunkom, a zwierzaki wcale nie mają tam takich złych warunków, choć pewnie są przestymulowane.
Potem złapał nas deszcz, i trwał całą drogę powrotną, podczas której czytałam przewodnik.
Brakuje mi w nim informacji konkretnie o zwierzętach, jest ich kilka, ale przeważająca część to informacje o dyrektorach, Żabińskich itd, i tak zgadzam się, że historia jest ważna, ale kupując przewodnik po ZOO miałam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o gatunkach, poszczególnych mieszkańcach. itd, zobaczymy, może w drugiej połowie, której jeszcze nie zdążyłam przeczytać coś takiego będzie.
A propos przestymulowania, liczyłam się z tym, że badania odchoruję migreną, bo jednak skaner wydaję dużo różnych, mało przyjemnych dźwięków, i nie myliłam się, choć migrena była odwleczona w czasie, bo przyszła do mnie dopiero w czwartek, ale tak silna, jakiej dawno nie miałam, na szczęście solpa dała radę. 🙂
NO, to chyba tyle. 🙂 Nie obiecuję, że uda mi się pisać bardziej regularnie, ale się postaram, bo myślę że szkoda by było, żeby ten blog umarł. 🙂
Pozdrawiam i podziwiam cierpliwych, którzy dotrwali do końca! 🙂