Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

„Umoczy umoczy”!, czyli Jantar 2019. :-)

Witajcie witajcie! Jak niektórzy wiedzą, wyemigrowałam sobie ostatnio na tydzień do Jantaru. Było super!
Byłam tam od 20 do 27 sierpnia.
Wyjechałyśmy po trzynastej. Miałyśmy wyjechać wcześniej, ale trzeba było się wyspać, dopakować, ogarnąć, i poznosić rzeczy. A, że u nas zawsze jest więcej rzeczy, niż ludzi, a co więcej, więcej rzeczy, niż potrzeba, 😉 to to znoszenie trochę trwało. U nas to rodzinne. Babcia ma tak samo. WIęc kiedy po nią przyjechałyśmy, trzeba było poogarniać jeszcze jej rzeczy.
Ludkowie, nie umawiajcie się ze mną na wyjazdy. 😀 Chyba, że chcecie trzymać swoje rzeczy na kolanach. I nie liczcie, że moja mama, kiedykolwiek, pojawi się gdzieś punktualnie.
Jeśli bierzecie pod uwagę te dwie rzeczy, i jesteście w stanie je zaakceptować, to. ja Was podziwiam…:D Kiedy zajechałyśmy do Jantaru, było po dwudziestej pierwszej. Masakra. Inteligencja nawigacji mnie przerosła. Jedziemy autostradą, a tu, skręć w lewo, następnie, skręć w prawo, kilka sekund później. Zawróć. 😀 Ogarnęłyśmy pokój, moja mama próbowała otworzyć lodówkę w drugą stronę niż logika nakazuje, przez co prawie ją zepsuła. Ale ostatecznie lodówka ostała się w całości, sukces!
Zostawiłyśmy babcię w pokoju, i jako narodowe łaziki wybrałyśmy się w poszukiwaniu plaży.
Do morza miało być bliżej, niż w zeszłym roku, a okazało się, że jest dalej. Nie ma to, jak być dobrze doinformowanym!
Pojeździłyśmy, moja mama doszła do wniosku, że jest, ciemno, i, tak jakby ona nie widzi plaży, wskazówek, a co więcej, nie wie gdzie jest. Ale za to widzi, gofry i lody. A więc zaparkowałyśmy samochód, w pierwszym widocznym, przeznaczonym do tego miejscu,i wybrałyśmy się na krótki spacerek.
Następnego dnia, zebrałyśmy się i wybrałyśmy na plażę. Szłyśmy przez las, bo miało być bliżej. I było, tyle, że babcia, nie chciała chodzić tamtędy, bo, do pokonania była wielka góra. CO dla babci było męczące, a dla mnie mało komfortowe, bo piaszczysta góra z korzeniami, jest trudna do przejścia, a zwłaszcza, gdy nie można patrzeć pod nogi. 🙂
Na plaży popolowałyśmy na kukurydziaża, którego, wyjątkowo, nie było, i poszłyśmy na spacer. Na którym zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Było zimno, a nawet bardzo zimno, na szczęście jeden jedyny taki dzień. A więc, szłyśmy z mamą zawinięte w koc, i wszystko było by super, gdyby nie to, że szłyśmy brzegiem morza, a koc szargał się po ziemi. Kiedy babcia zobaczyła przypływającą falę, wydała okrzyk, oburzonym głosem. Ejjjj! Bo umoczy umoczy! Miałyśmy ubaw z tego do końca wyjazdu.
Po odnalezieniu zeszłorocznych ścieżek, wybrałyśmy się na świeżo rozmrażanego dorsza. Tak tak, to też odkrycie z wyjazdu. Napisane było, świeży dorsz, znajomy mamy, jak mu to napisała stwierdził, że nie ma nad morzem w sezonie świeżych dorszy, a ciocia nam potem powiedziała, że jest zakaz łowienia. WIęc, generalnie, jeśli widzicie świeżego dorsza nad morzem, w sezonie, oznacza to tyle, że jest świeżo rozmrażany. Jeśli zaś nie widzicie przed nim napisu świeży, oznacza, że leży sobie długo. A to chyba gorzej, no nie? 😛
Kiedy wróciłyśmy z plaży, udałyśmy się do pokoju, sugerując się trzema białymi flagami, jedyny punkt charakterystyczny przy naszym hotelu..
Następnego dnia, również wybrałyśmy się na plażę. Hmmm. Nad morzem, to chyba norma. I również miała miejsce ciekawa sytuacja.
Najpierw, udało mi się upolować kukurydziaża. Dosłownie, w ostatniej chwili. Weszłyśmy na plażę, a on akurat uciekał, ale naczosy miałam. 🙂
Potem siedziałyśmy w ciszy, i jadłyśmy sałatkę. Na kocu obok nas urzędowały jakieś dwie dziewczynki. I w pewnym momencie, ciszę, przerwał głos, mówiący, "Zostaw mnie"! Ale to dziecko zrobiło to z taką ekspresją, że płakałyśmy z mamuśką ze śmiechu, przez co ja bym się udławiła. 🙂
Wieczorkiem wybrałyśmy się na zachód słońca. Mówiłam Wam kiedyś, że lubię je oglądać? 😛 Jeśli tak to dobrze, jeśli nie, to już wiecie. I dziwić się, że nie dogaduje się z poważnymi ludźmi. 😀
W piątek w dzień nie działo się nic szczególnego, bo, jak można się domyślić, wybrałyśmy się na plażę. A potem na obiad. Ja, wzięłam sobie FischBurgera, a to z kolei jest odkrycie z zeszłego roku.. 🙂 I nawet była w nim ryba, z ościami, co już mnie mniej ucieszyło.
Wieczorkiem zaś, wybrałyśmy się z mamuśką na karaoke. Było cudnie! Zbliżałam się do DJ-a, jak pies do jeża, rozkminiając, czy coś sobie zamawiać, czy jednak sobie odpuścić, i nie męczyć nikogo swymi wątpliwej jakości wykonami. Jednak mamuśka wygrała. Zamówiłam sobie "Małgośkę", nawet mam nagranie, ale uważam, że mi nie poszło. Odsłuch był straszny. Widziała to jedna osoba, i to był błąd, że jej pokazałam, bo podejrzewam, że we mnie zwątpiła. @Tajemnicza osobo, prawda? 😀 A tak poważnie, bywało lepiej, bywało gorzej, chociaż ja, jednak wolę to lepiej.
Wytańczyłam się, i wróciłyśmy do domu.
W sobotę mieli do nas dojechać Ziejka, i Kazik, czyli jej chłopak.
Pomijam fakt, że miałam z pięć nieodebranych połączeń, ale co dzwonił telefon, to mnie było nie po drodze, no cóż..
A potem miała miejsce cudna rozmowa, Młodzi szukali hotelu, a moja mama Ich kierowała.
Ale tam macie brązowy płot, po lewej stronie.
Ale tu nie ma brązowego płotu.
I Ziejka, skonsternowana, YYYYY, a może my mamy inne pojęcie brązowego?
Na co moja mama, wyczerpana tłumaczeniem. A może my mamy inne pojęcie lewej strony?
I tu, przydało by się opowiedzieć anegdotę.
Pewnego razu, Ziejka, wybrała się do naszej piwnicy, nie pamiętam po co, ale w każdym razie, mamy nie było w domu, a chciała, żeby coś jej dostarczyć. No więc mama kierowała Ziejkę, gdzie co jest. A teraz idź w lewo,
Poszłam, i nie ma!
Ale w moje lewo! Od tej pory, jak ktoś jej mówi w lewo, lub w prawo, zawsze się pyta, ale w moje czy twoje. 😀
Kiedy już wszystko poodnajdowałyśmy, wybrałyśmy się na plażę, i na zakupy, bo, doszłyśmy do wniosku, że czapeczki by się przydały, bo słońce, na dłuższą metę, może wypalić mózg. 🙂
Wieczorkiem znów zostawiłyśmy babcię, która wolała siedzieć w pokoju, niż eksplorować po nocy. I po raz kolejny, wybrałyśmy się na karaoke.
DJ nas poznał, przywitał się ze mną, przedstawił mi się, i skończyłam, śpiewając "Po prostu bądź" Manaamu. Nie wiem, jak mi poszło. Nie słyszałam się, a nagrania brak..
Potem z Ziejką zaśpiewałyśmy "Spowiedź", totalny spontanik, ale było, Hmmm, powiedzmy, że jakoś. Ja zapomniałam tekstu, a odsłuch był gorszy niż dzień wcześniej.. Potem, wybrałyśmy się na lody, gdzie, wkręcałyśmy Panu, że jesteśmy pod wpływem, i że jesteśmy Januszami. 😀
W niedzielkę, żeby tradycji stało się zadość, oczywiście, wybrałyśmy się na plażę. Ale, nadarzyła się pewna nowość, postanowiłam sobie, że się wykąpie.
Czy było to mądre, nie wiem. Ale, odkryłam kilka rzeczy. Np. to, że nie muszę chodzić w opasce, i rozpószczonychwłosach. Mogę chodzić w koku, na czubku głowy. I nawet nie wyglądam jak jełop!
Potem poszłyśmy na obiad, a potem, na pamiątki. Gdzie, moja babcia, kupiła mi fajną foczkę. A co to jest foczka? A no podusia. 😀 Jako, że mi jest wiecznie za nisko, a mój kotek, którego mam w użytku od lat ośmiu, jest już nieco zniszczony, to stwierdziłam, że warto nabyć coś nowego. Pomijam fakt, że przez cały tydzień w hotelu, spałam na płaskiej poduszce, po tylko taką dali, a ja nie wzięłam żadnej ze sobą..
Wieczorem, znów wybrałyśmy się na karaoke. Ostatnie niestety.. Ale przez to, że było to ostatnie, DJ, był mocno, mocno wstawiony. Więc najpierw śpiewałam "Baśkę" z moją Ziejką, potem śpiewałam coś z nim, ale nie pamiętam już co. A potem śpiewałam "Ale to już było", i na siłę "Małgośkę", do której mnie zmusił. A potem koło mnie siedział, i tu, niestety, nie cieszyłam się z mojej postury, bo ja siedziałam normalnie, a on, mimo to, zmieścił się koło mnie na krześle, a był nieco grubszy. Taaa, to już wiecie, ile miejsca potrafię zajmować. 😀
W poniedziałek, coby trochę odmienić, pojechałyśmy do Rumi, do mojej cioci.
Weszłyśmy na górę, usiadłam sobie, i ciocia stwierdziła, że powinnyśmy coś zjeść. Ci co mnie znają, wiedzą, że jestem niezbyt chętna do jedzenia. Ale zjadłam najlepszą zupę pomidorową na świecie! A potem, potem zdarzyło się coś, co byłam pewna, że się nie uda. Czyli, spotkałam się z Pajperem! Dogadywaliśmy się, i nie mogliśmy się dogadać, ale się udało.
Kiedy siedzieliśmy sobie u cioci, pokazałam mu swój nowy Image, czyli mojego koka. A potem padło magiczne pytanie.
"Kingo, a co się stanie, jak tego koka rozwiążę?".
Hm. Sprawdź!
I, przyznam szczerze, że, Dawidzie, jestem CI bardzo wdzięczna, że mi go rozwiązałeś, bo odkryłam, że moje włosy da się ułożyć inaczej, i że mogą być troszkę pofalowane. <3 Związałam sobie ogonek, i zaczęłam się bawić sznureczkiem od worka. Czyli magicznego wynalazku, który, jak się go założy na ramię, może być torbą, jak się założy na plecy, plecakiem, a jak się weźmie w rękę, to torbą podręczną. Sznureczek zepsułam, ale Dawidowi udało się go naprawić. 🙂
Odprowadzając Dawida, odkryłam, że w Rumii jest mapka dworca. Rumia Janowo, to malutka stacyjka, która nawet nie ma swojej budki dworcowej, a mapka jest, i to taka, że dużo na niej widać. Nie to, co u nas na dworcu ,gdzie zrobili litery brajlowskie, płaskie. Pozdrawiam Ich.
Potem z ciocią pojechałyśmy nad morze. Przepłynęłyśmy się rowerkami wodnymi, i wróciłyśmy do cioci.
Zjadłyśmy obiad, i pojechałyśmy do Jantaru, coby zrobić grilla.
Siedzenie na plaży do dwunastej w nocy, jest cudne! Zwłaszcza w dobrym towarzystwie..
We wtorek wstałyśmy, uzmysłowiłyśmy sobie, że właściwie, to powinnyśmy się spakować, i poszłyśmy na plażę.
Kiedy leżałam na kocu doszła do mnie bardzo przykra wiadomość..Chwilkę się pokąpałam, i poszłyśmy na obiad. Po czym, wróciłyśmy meleksem do domu.
Ogólnie rzecz biorąc, wyjazd uważam za bardzo udany.
Pozdrawiam Was, i zachęcam do komentowania!

Kategorie
Codzienność. Śmiesznawe śmiesznostki. Czyli pokręcona codzienność i nie tylko.

O wszystkim i o niczym, oraz kilka przemyśleń. Z dedykacją dla P.W. :-) Czyli osoby, która wierzy we mnie nawet wtedy, gdy ja w siebie nie wierzę. ;)

Witajcie witajcie! Co tam ostatnio u mnie? Są wakacje, więc wypadało by pogadać o wszystkim i o niczym.
Parę wpisów już zaczęłam tworzyć, też z tego typu, ale coś poszło nie tak. 😉 Co ostatnio porabiam? Orientacja orientacja i orientacja. Żyje tym, i bardzo sobie to chwalę.
Z Panią widuje się dwa razy w tygodniu, ale laskę widuje znacznie częściej. 😉
We wtorek np. byłam sobie z Ziejką w stowarzyszeniu. Było bardzo ciekawie. Zwłaszcza zważając na to, że ona nie zna stron, więc kierowała mnie na oko.
Więc było albo Dobrze. Albo, Nie, lepiiej tak nie idź, jak idziesz, bo ulica, słup, budynek, albo cóś. 😉 Nie za każdym razem była w stanie mnie uratować. 😉 Do stowarzyszenia doszłyśmy w całości. Nawet sama wsiadłam do autobusu, i żyje, pasażerowie wszyscy też, więc nie jest źle.
😉 Wracając ze stowarzyszenia, szłyśmy po bardzo nie równym c`hodniku, po wiadukcie, i gdzie się tam jeszcze tylko dało.
Pomijam fakt, że np. skakałam z krawężników, bo ich nie zauważałam, a Ziejka zapominała, żeby mnie o nich informować. Bo, przecież powinnam je znajdować laską, ale to, że powinnam, nie oznacza, że znajduje. 😉
W środę zaś, miałam orientację, o której kiedyś na pewno pojawi się duży wpis, co, jak, dla czego, czego się nauczyłam, a czego mniej.. Co pojęłam, a co jeszcze nie bardzo. ;)D Przyznać muszę, że jak na razie więcej pojęłam niż nie, co zawdzięczam tylko i wyłącznie Pani. Pozdrawiam z nadzieją, że Pani to przeczyta, a może nawet skomentuje. 😉 <3
Po orientacji stwierdziłyśmy z mamuśką, że spotkamy się ze znajomymi, którzy przybyli aż z Irlandii. Plan się udał, i pojechaliśmy nad wodę, zjeść rybę. Było cudnie. Kaczki, ryby, karpie, mniej ludzi, więcej ciszy.. Bardzo sobie to cenię. Rybka też smaczna, więc bardzo mi się podobało.
W czwartek zaś, spędziłam cały dzień z moją Ziejką. Rano pojechałyśmy do urzędu, ona musiała, ja na szczęście nie, bo, urzędów nie lubię, ale stwierdziłam, że się z nią wybiorę, bo, ona nie lubi tak bardzo, jak ja, albo i bardziej. 😉
W każdym razie, nagle się okazało, że jest ewakuacja, a ja siedziałam sama, gdzieś na korytarzu, czekając na Ziejke. I rozkminiałam, czy tak w zasadzie, to ktoś mnie weźmie, czy spalę się razem z elektroniką. 😉
Ziejka stwierdziła, że ewakuacja mocno oszukana, bo, nie było straży pożarnej. 😉
Część ludzi wyszła, druga część siedziała, i rozkminiała co się dzieje. My, raz byłyśmy w pierwszej grupie, raz w drugiej. 😉
Potem poszłyśmy do pewnej Kasi. Kinga była umówiona, ja nie. WIęc zdziwienie Kasi mogło być spore, ale na szczęście nie było. 😉 Ucieszyła się. Ja też, bo dawno jej nie widziałam.;) Kasia, ma dwójkę dzieci. Aurelkę, o której bardzo dużo słyszałam, gdy Kasia pracowała w stowarzyszeniu, i Macieja, o którym słyszałam jeszcze więcej, od mojej Kingi. ;)BO to jej przyszły mąż, dwadzieścia lat młodszy. 😉 U Kasi posiedziałyśmy i się pośmiałyśmy, bo Kasia jest tak samo pozytywną osóbką, jak my. 🙂
Potem z mamą i Ziejką, wybrałyśmy się nad wodę. Fajnie było, gdyby nie to, że nie spałam ponad dobę, i nie bardzo wiedziałam co się dzieję. Przeszłyśmy się na spacer, po czym położyłyśmy się na molo, i patrzyłyśmy w niebo. YYYY. Tak tak, ja powiedzmy, że też. 😛
Było super, gdyby nie to, że bardzo mnie słońce raziło. 🙂
Później wróciłyśmy do domu, i byłam najszczęśliwszą istotą pod słońcem, bo, nie tylko mogłam odpocząć od słońca, ale także od świata i ludzi. 🙂
Chwilkę byłam sama w domu. Potem wróciła Ziejka, więc musiałam wstać, otworzyć jej, ogarnąć siebie i otoczenie, i mogłam iść spać, tak na poważnie. Pamiętam, że przez chwilę gadałam głupoty, bo jedno myślałam, drugie mówiłam, a trzecie powinnam mówić. ;)A Ziejka zadawała trudne pytania.
Zaraz potem usnełam.
A w piątek, piąteczek, piątunio, byłam jeszcze szczęśliwsza, bo prawie się wyspałam i cały dzień siedziałam trochę z dziewczynami, i trochę sama. 😉
Miałyśmy iść z Ziejką na orientację, ale Pani zadzwoniła, że nie może, budząc mnie przy okazji. 🙂 No, to już wiecie, dla czego wyspałam sie tylko prawie. 😉
A na koniec kilka przemyśleń. Również związanych z orientacją.
Ci co mnie znają, wiedzą, że raczej w siebie nie wierzę, w związku z czym, Ostatnio rozkminiałam to, że Pani zamiast mówić mi, że się zgubiłam, i że robię coś źle, chwali mnie za to, jak się odnalazłam, 😉 czym dodaje mi pewności siebie, za co jestem bardzo bardzo wdzięczna. 😉 Choć i tak zazwyczaj nie wierzę, że mi się uda, że dotrę do celu, że się nie zgubię, i że będzie dobrze. ;)Nie jest na szczęście tak, że rezygnuje, bo mi się nie uda, ale Podchodzę do wszystkiego ze świadomością, że raczej będzie źle, i że inni zrobili by to lepiej. 😉 CO jest męczące na dłuższą metę. 😉 WIęc staram się to zmieniać, a tacy ludzie jak moja Pani… bardzo mi pomagają. 😉 Pozdrawiam Was i zachęcam do komentowania!