Kategorie
nominacje, q

bonus do q&a, czyli moja historia ze zwierzakami.

Obiecany bonus. No, to miłego!
Moja historia ze zwierzakami zaczęła się już gdy byłam dzieckiem.
Bardzo długo męczyłam mamę o zwierzaka.
Ale jako, że często nas nie było w domu, chciałyśmy stworka, który nie musi wychodzić na spacery, w związku z problemami ze snem, mama nie chciała też kotka.
I tak padło na szczurki.
Pierwsza była Sonia nazywana też Pupapkiem, nie pytajcie skąd to się wzięło, nie mam pojęcia. –
Była cudnym zwierzakiem, bardzo miłym, kochanym, oddanym. Reagowała na imię, potrafiła wykonywać różne szczurze sztuczki, była niesamowicie sprytna i przebiegła.
Wiedziała np., że nie wolno jej wchodzić na łóżko, ale i tak to robiła, perfidnie patrząc rodzicielce w oczy i czekając na reakcje.
Sońka została uśpiona z powodu jakiegoś zatoru, najpierw miała zapalenie płuc i jechała na sterydach, a potem, gdy było jej trochę lepiej dostała takiego jakby ataku padaczki, i niestety trzeba było ją uśpić, bo strasznie się męczyła, plus doszedł właśnie ten zator/zawał, bo tak a prawdę nie do końca wiadomo co się tam jeszcze stało.
po niej pod naszą opiekę trafiły dwie albinoski. Tośka i Lucy
Obydwie strasznie dzikowały, i nie było mowy o puszczaniu ich na spacery, bo po prostu chowały się i nie chciały wychodzić.
Tosiula, która była moja miała dodatkowo taką przypadłość, że gryzła wszystkich dorosłych.
Nie wiem, jak zachowywałaby się w stosunku do dzieci, bo nie pozwalałyśmy jej głaskać w klatce, (na rękach nie gryzła nikogo)ale każdego dorosłego, który wsadzał palucha przez pręty, lub chciał nakarmić tę drugą Tośka gryzła.
Kiedyś mamy przyjaciółka z Irlandii chciała pogłaskać dziewczynki i wsadziła palca, wyobraźcie sobie jakie było jej zdziwienie, gdy coś nagle jej się na nim uwiesiło.
nie pytała nas o pozwolenie, bo wiedziała, że Sońka nie gryzła, więc myślała, że te też nie, ale się przeliczyła. ??
Za to Tośka nigdy nie ugryzła mnie, byłam jedyną osobą, która mogła wsadzać palce przez pręty, czy bezproblemowo wkładać Im jedzenie do klatki.
mała reagowała też na komendy wiś i na miejsce, ale również musiałam je wydawać ja.
Wiś polegało na tym, że trzymała się mnie wszystkimi czterema łapkami, i była w takiej jakby pozycji do wspinania i w niej zastygała, wyglądało to całkiem śmiesznie, oczywiście zawsze ją trzymałam itp, żeby nie stała jej się krzywda.
Na miejsce zaś objawiało się tym, że siadała mi na lewym ramieniu przodem do mnie, czyi tak, że miała pyszczek koło mojej twarzy i tak siedziała. Mimo swoich problemów była baaardzo kochana.
Lucy, czyli szczurka mamy była bardziej nieśmiała, kochała przesiadywać w rękawie, i wystawiać tylko pyszczek w celu wyglądania na świat, i właściwie nic więcej nie można o niej powiedzieć.
Tośka żyła półtorej roku i odeszła na nowotwór macicy, co było trochę naszą winą, bo gdyby była wykastrowana, prawdopodobnie by nie zachorowała, jednak nigdy nie kastrowałyśmy dziewczynek, bo nie miały kontaktu z samcami, więc uważałyśmy to za zbędny stres, na szczęście Tośka była jedynym przypadkiem, u którego nowotwór mógł się wziąć z braku kastracji.
Lucy odeszła ze starości mając dwa i pół roku, pod koniec miała też spore problemy oddechowe.
Później trafiły do nas Limonka i papaja.
papaja była szczurzycą rodzicielki.
Limonka, po wielu kombinacjach przekształcona w Monikę, była moja.
Monika wzięła się z tego, że pary razy została Limonią, ktoś napisał też kiedyś o niej Limońka i Monia przy niej została.
Obydwie były cudne, właściwie nie miały żadnych problemów z adaptacją, nie dzikowały, choć Limonka nigdy nie przekonała się do tego, że bycie na rękach na dłuższą metę jest fajne.
monika była chuda, mała, i wiecznie się ruszała.
Choć też zdawała sobie sprawę z tego, że jest moja, bo na komendę daj buziaka reagowała tylko w moim przypadku, i tylko ja mogłam liczyć na bycie polizaną po twarzy, rodzicielkę lizała tylko wtedy, gdy ta miała coś dobrego na palcu, lub krem na twarzy.
Papaja od początku była leniwą kluską, bardziej lubiła mamę i średnio przepadała za wybiegami, bo wolała być na rękach.
Limka odeszła właściwie z nie wiadomo jakiego powodu, miała problemy z równowagą, ale nic jej się nie działo, więc nie wdrożyłyśmy leczenia, bo uważałyśmy, że dopóki się nie męczy to jest dobrze, i tak zostało jej do końca.
Pajka odeszła ze starości, mając prawie trzy lata.
następne dziewczynki, które u nas były to Figa i Fuga.
Dwa dzikuski, ale szybko się oswajające.
Fuga uwielbiała moją mamę, dla tego została jej szczurzynką, kochała człowieka, i zawsze bardzo aktywnie dopominała się o miłość, chodząc np. wysoko po kabinie prysznicowej.
Bo musicie wiedzieć, że jako, że ciuraki są gryzoniami, puszczałyśmy je w łazience, bo tam nie było nic co mogły by pogryźć, ani żadnego zakamarka, w który mogły by się schować tak, aby nie dało się ich wyciągnąć.
A jednocześnie miały tam zapewnione miejsca, w które mogły się chować, gdy się bały, i nikt ich stamtąd nie ruszał.
Figunia pozostała większym dzikuskiem mniej lubiącym człowieka.
Była też bardzo chorowitym szczurkiem zaczęło się od zapalenia ucha, podczas którego miała duże problemy z równowagą, trzeba było podawać jej leki na łyżeczce, bo na strzykawkę sobie nie pozwalała, więc leki mieszało się z jogurtem/gerberkiem, i podawało.
Czasem jadła, czasem nie.
Później przypałętało się drugie zapalenie ucha, a potem miała już nieodwracalne zmiany w mózgu, w pewnym momencie choroby bardzo kochała spać albo u mnie na rękach, albo na poduszce obok mnie.
Niestety, w pewnym momencie, stało się tak, że przez pewien czas nie była brana na ręce, a później zdziczała już na tyle, że nie pozwalała się dotknąć, bo rzucała się na rękę, choć wynikało to też z jej zmian w mózgu, i tego, że prawdopodobnie już nie widziała.
Niestety, doszła jeszcze padaczka, i Figuska musiała zostać uśpiona bo bardzo się męczyła, mając kilka razy dziennie ataki, w których bardzo mocno rzucało nią po klatce.
Figulec został uśpiony we wrześniu, kiedy ja byłam już w Laskach. żył więc dziewięć miesięcy. ??
A wcześniej od Figi, bo w maju odeszła Fuga, mała podczas wybiegu naderwała sobie końcówkę ogonka i właściwie nic by jej nie było, ale mimo wszystko, żeby uniknąć jakiś dalszych powikłań dałyśmy ją na zabieg amputacji tejże końcówki, niestety laleczka nie wybudziła się z narkozy.
Istotkami, które jak na razie, zakończyły naszą szczurzą przygodę były Mimi i Mia.
największe dzikuski w naszej historii, dziewczynki do końca panicznie bały się człowieka, i nie chciały wychodzić na wybiegach z za kosza na bieliznę.
Obydwie były cudowne, ale bardzo wystraszone.
Mimi, zawsze gdy wsadzałam rękę do klatki profilaktycznie mnie gryzła, Mijka pozwalała się brać, choć też łatwo było ją spłoszyć.
Kiedy chciałam unikać gryzienia Mimi, zamiast sięgać po Mię, wkładałam rękę do klatki i czekałam aż dziewczynki same przyjdą. Niestety, Mimi okazała się sprytniejsza, i obeszła mój sposób, więc najpierw potrafiła dwa trzy razy przyjść, by mnie ugryźć, a potem dopiero przychodziła na rękę, i mogłam ją wziąć.
Niestety, kiedy dziewczynki trafiły do znajomych na tymczas, z przyczyn od nas niezależnych, po prostu ja nie miałam możliwości by się nimi zająć, rodzicielka chwilowo też nie, zostały prawdopodobnie otrute.
Skomplikowana historia, zaznaczam, że nie zrobiła tego znajoma, tylko prawdopodobnie jej były chłopak, w ramach zemsty na niej… Jeśli to zrobił, Do tej pory nie rozumiem czemu wykorzystał biedne niewinne zwierzątka, ale raczej niestety tak się stało, bo mała szansa, żeby były w takim stanie po zjedzeniu czegoś przeznaczonego dla nich.
W momencie kiedy straciłyśmy cztery szczurki w okresie nie całego roku stwierdziłyśmy, że na razie to koniec, zwłaszcza, że ja byłam już w laskach, więc w razie co nie miał kto ich karmić, zmieniać im żwirku itp.
A teraz, teraz w lipcu adoptowałyśmy z DT najcudniejszą istotkę pod słońcem, lilkę.
bidotka bardzo dużo w życiu przeszła, najpierw żyła na ulicy, gdzie do niej strzelano, i gdzie czekał ją los typowej bezdomnej kotki, czyli wieczne rodzenie kociąt, głód, niebezpieczeństwa itp.
na szczęście trafiła do nas, jest cudowną istotką, choć też wymaga oswajania, daje się brać na ręce, głaskać i przytulać, ale dopiero teraz pozwala się głaskać po pysku bez strachu, dopiero teraz, będąc u nas czwarty miesiąc, przestaje się chować i uciekać, gdy ktoś przechodzi koło niej.
nadal boi się gwałtownych ruchów, nadal nie można przejść koło niej gdy je bo ucieka.
Poza tym, kocha ludzi, jest bardzo oddana, gada z nami zawsze, gdy chcę miłości, kocha się przytulać, uwielbia też się łasić do twarzy.
trafiła do nas z przewlekłym zapaleniem dziąseł, teraz powoli wychodzimy na prostą, choć okazało się, że prawdopodobnie ma alergię na kurczaka, więc przestałyśmy go jej dawać, ku jej niezadowoleniu i zobaczymy co z tego wyjdzie.
No, i to by było na tyle. ☺
Do następnego. 🙂

15 odpowiedzi na “bonus do q&a, czyli moja historia ze zwierzakami.”

Dziękujemy, może odpozdrowimy głosowo.
Muszę ją kiedyś nagrać, jak prosi o jedzonko, bo wtedy jest baaardzo głośna. 🙂

Gryzońki to fajne zwierzaczki są. 🙂
Takie indywidua. Ja mam koszatniczki i panowie też mają swoje charakterki. 🙂

Ja nie wiem, czy to tak fajnie mieć zwierzaka w domu. Mama chciała mi kupić pieska, ale ja powiedziałam, że nie, bo nie przepadam za zwierzętami.

Spoko wpis 🙂 Miło było przypomnieć sobie te wszystkie cudne futrzaste Istoty ❤️❤️❤️ Lila właśnie po wydaniu z siebie kilku miauknięć pt. „Teraz JA i to bez dyskusji” wdrapała mi się na ramię i mruczy 🙂 już nie wyobrażam sobie domu bez czworonoga.. Z pozdrowieniami dla wszystkich wielbicieli futrzaków 🐾🐾🐾Rodzicielka

Ale kochana opowieźć. Współczuję tych rozstan ze szczurzynkami. Ja miałam szynszylkę i może kiedyś Wam o niej opowiem u siebie:) Pogłaskania dla Kici!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *